Zdobywamy Skrzyczne!

W minioną sobotę postanowiłem wykorzystać wszystkie uroki panującej u nas srogiej zimy i wybrać się na krótki marsz w góry. Szczęśliwie znalazło się też kilku śmiałków którzy razem ze mną postanowili zmierzyć się z oblodzonymi szlakami i trzaskającymi mrozami. Dodatkowo wyjazd był idealną wymówką żeby przetestować najnowszy „ekspedyszyn kar”, którym w nadchodzące wakacje najprawdopodobniej wybierzemy się do Rumunii!

Droga przebiegała spokojnie, jednak gdzieś w połowie zorientowałem się, że zapomniałem butów – nic tam, już raz na Jurze zdarzało się chodzić w adidaskach przy -15 całą noc ;).

Po dojechaniu do Szczyrku, naszym oczom ukazały się niesamowite zimowe krajobrazy…

Wspinając się coraz wyżej, stawiając stopę za stopę warunki stawały się coraz surowsze, a pogoda coraz bardziej nieprzewidywalna…

Wreszcie, gdy byliśmy już na skraju wyczerpania udało nam się wspiąć jeszcze wyżej i ujrzeć zasypane i sparaliżowane przez śnieg, miasta, wsie, stocznie i kopalnie

W końcu się udało i ryzykując wszystkim bez perspektywy zwycięstwa udało się nam zdobyć Skrzyczne! Tam, na opustoszałym szczycie, na którym jedynie wiatr wygrywał śmiertelne pieśnie na konarach połamanych drzew znaleźliśmy opustoszałą chatę, w której część ekipa znalazła prowiant, dzięki któremu w naprawdę minimalnym stopniu poprawiła swoje morale.

Pomimo absolutnie ekstremalnej temperatury i panujących warunków atmosferycznych, nadstawialiśmy uszu… Ale nikt nie wołał… Zdecydowaliśmy się więc ruszyć dalej… przez skute lodem szczyty gór…

Podczas naszej dalszej wędrówki, nie brakowało mrożących krew w żyłach momentów – jednym z nich było pokonywanie oblodzonych odcinków skalnych, dosłownie kilka centymetrów od skraju 6000 metrowej przepaści (co widać na załączonym obrazku)

Po kilku godzinach tej żmudnej i wyczerpującej wędrówki, zaczęliśmy płakać, a łzy nasze od razu zamieniały się w lód.

Wreszcie udało nam się dotrzeć do celu i wrócić do samochodu!!

Podsumowując (już na poważnie):

Przez niecałe 8 godzin, udało nam się pokonać prawie 25km ze średnią prędkością 3km/h (tempo marszu oscylowało w granicy 5km/h, co jak na góry i jakby nie było momentami oblodzone szlaki jest całkiem konkretnym wynikiem).