Wioska na drzewach

Po kilku godzinach spędzonych w drodze – z czego ponad połowa przestana w korkach – dojeżdżam do małej miejscowości. Już po zmroku, szutrową drogą wjeżdżam w głąb lasu i musze przejechać jeszcze kilkaset metrów – wąskimi leśnymi ścieżkami – zanim zobaczę blask ogniska.
Pierwszy dzień

To właśnie tam w środku lasu, ma miejsce nietypowa impreza – kilku osobom spodobała się inicjatywa Łukasza Tulej ze szkoły przetrwania Tooley Survival by spędzić kilka dni pośród koron drzew. Z miejsca zostałem poczęstowany gotowanym jałowcem – przyrządzonym w ręcznie robionej misce. Gdy wszyscy dotarli na miejsce i rozlokowali się po platformach, młodsi uczestnicy udali się na zasłużony spoczynek, a troszeczkę starsi zgasili latarki i udali się na przechadzkę w głąb lasu. Po kilku przebytych kilometrach, usiedliśmy na ziemi w środku lasu – otoczeni szczelną pokrywą mroku – zaczęliśmy rozmawiać o survivalu oraz o metodach radzenia sobie w trudnych warunkach.

Po kilkudziesięciu minutach wspólnej debaty przyszła pora na powrót do bazy. Jednak jeśli ktokolwiek bez latarek przedzierał się kiedyś przez gęsty las w środku nocy zrozumie co to znaczy wrócić po własnych śladach. Pomimo pewnych trudności, wykorzystując położenie wielkiego wozu oraz odtwarzając w głowie układ otaczającego nas terenu wróciliśmy do naszej naziemnej wioski.
Drugi dzień

Kolejny dzień również był pełen atrakcji. Wszyscy zainteresowani mogli nauczyć się robić sznurki z naturalnych włókien, rozpalać ognisko zarówno za pomocą krzesiwa jak i używając odpowiednich substancji chemicznych. Po nauce tych typowo survivalowych umiejętności, przyszła pora na nieco inną naukę. Wspólnym wysiłkiem złożyliśmy i podwiesiliśmy ostatnią piątą platformę, co oprócz samej frajdy było dodatkowo lekcją pracy w grupie, oraz wzmacniało w uczestnikach – według mnie – tzw. Zaradność życiową. W końcu nie co dzień, buduje się drewniane konstrukcję i wciąga na drzewo, a jak to mówią – każde nowe doświadczenie rozwija. Po tej pracy przyszła pora na zasłużony obiad, na który zjedliśmy ziemniaczki, a także coś bardziej survivalowego – własnoręcznie zrobione podpłomyki (czyli coś podobnego do ciasta pizzy).

Po – dość późnym – obiedzie wskoczyliśmy na drzewa i oddaliśmy się relaksowi w postaci snu lub dobrej książki. Gdy słońce schowało się za horyzontem, wysłuchaliśmy dwóch wykładów prowadzonych przez Łukasza Tuleja. Pierwszy z nich dotyczył samej istoty survivalu, drugi natomiast dotyczył dzikich zwierząt leśnych. Oprócz słów, na zaimprowizowanym ekranie były wyświetlane zdjęcia i filmy, dzięki którym słuchacze mogli lepiej zrozumieć omawiany temat. Oglądaliście kiedyś wykład na rzutniku w środku lasu wisząc kilka metrów nad ziemią? Ja miałem te przyjemność! Po zakończonym wykładzie, część uczestników spędziła jeszcze sporo czasu przy ognisku.
Trzeci dzień

Kolejny dzień był chyba najbardziej pracowity, zaraz po śniadaniu odbyły się warsztaty – pierwszy z nich dotyczył budowy efektywnego mechanizmu spustowego. Podczas drugiego uczyliśmy się odpowiedniego zachowania w przypadku ataku dzikiego zwierzęcia (z mocnym naciskiem na niedźwiedzia), a także poznaliśmy przedmioty które mogą pomóc nam odstraszyć napastnika (np. flarę). Po warsztatach przyszedł czas na rozdanie certyfikatów oraz upominków przygotowanych przez sponsorów. Po uroczystym zakończeniu imprezy, wspólnie przystąpiliśmy do demontażu obozu i dzięki dobrej pracy zespołowej, poszło nam naprawdę szybko.
Bezpieczeństwo

Pomimo że hasło imprezy brzmi „Spadaj na drzewo”, dzięki odpowiedniemu zabezpieczeniu i przygotowaniu, każdy czuł się bezpiecznie i nie było sytuacji by komuś mogła stać się krzywda.
Refleksja

Część osób które tam spotkałem, znałem już ze szkolenia OFA Yeti 2012, jednak pojawiło się kilka nowych twarzy. I powiem Wam jedno, na tych szkoleniach spotyka się jedynie wyjątkowe osoby o niebanalnych zainteresowaniach i doświadczeniach.

Mam nadzieję że jeszcze nie raz się spotkamy!