Nocny spacerek we mgle

W ramach przygotowań do nadchodzącego sezonu wyprawowego, postanowiliśmy wybrać się na krótki nocny wypadzik w góry. Z uwagi na fakt że oprócz tego że jesteśmy ludźmi czynu, to jesteśmy też ludźmi pracy, udało nam się wyjechać w sobotę dopiero po godzinie 16, by po ponad godzince rozpocząć wędrówkę w zapadającym mroku.

Z racji tego że wypad nie miał mieć charakteru czysto kondycyjnego, zrezygnowałem z nawigacji gps (oczywiście trasę sobie nagrywałem w telefonie, ale nie posiadałem żadnych map), a na moim wyposażeniu znalazła się jedynie papierowa mapa, latarka, 4 kanapki, termos, karimata i śpiwór – nawet z noża zrezygnowałem. (więcej…)

Składany stołek podczas marszu

Jakiś czas temu w internecie wypłynął artykuł rzekomego członka KGB, w którym zawarte były instrukcje przygotowane specjalnie dla przeciętnego cywila na czas konfliktu zbrojnego. Nie trzeba było długo czekać, by razem z artykułem, wypłynęła chmara “znafców” którzy wydaje mi się bez znajomości rosyjskich (a dokładniej Radzieckich) realiów wzięli się za komentowanie tekstu. Nie mam zamiaru tłumaczyć każdego zdania tamtego artykułu (polecam lekturę Suworowa), ale chciałbym poruszyć kwestię składanego stołka który przewinął się przez tamten artykuł.

(więcej…)

Zdobywamy Skrzyczne!

W minioną sobotę postanowiłem wykorzystać wszystkie uroki panującej u nas srogiej zimy i wybrać się na krótki marsz w góry. Szczęśliwie znalazło się też kilku śmiałków którzy razem ze mną postanowili zmierzyć się z oblodzonymi szlakami i trzaskającymi mrozami. Dodatkowo wyjazd był idealną wymówką żeby przetestować najnowszy „ekspedyszyn kar”, którym w nadchodzące wakacje najprawdopodobniej wybierzemy się do Rumunii!

Droga przebiegała spokojnie, jednak gdzieś w połowie zorientowałem się, że zapomniałem butów – nic tam, już raz na Jurze zdarzało się chodzić w adidaskach przy -15 całą noc ;).

Po dojechaniu do Szczyrku, naszym oczom ukazały się niesamowite zimowe krajobrazy…

(więcej…)

Vagabundog – psio-ludzkie wędrówki

Kalif - vagabundowy twardziel

Niedawno miałem przyjemność przez krótki czas towarzyszyć Adrianowi z ekipy vagabundog.pl w jego charytatywnym marszu Szlakiem Orlich Gniazd. Szlak ten mierzy sobie około 160 km długości i przebiega pomiędzy Częstochową, a Krakowem. Adrian razem z przygarniętym ze schroniska Kalifem postanowili pokonać razem ten dystans (do tej pory nie wiadomo, który z nich pierwszy wpadł na ten pomysł) nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla schroniska w Nowym Dworze Mazowieckim. Dlaczego ich wyprawa była wyjątkowa i z jakimi trudnościami musieli się zmagać o tym powiem za chwilę. (więcej…)

Święte Miasto Częstochowa*

Z uwagi na to że zima na nowo do nas powróciła razem z moim znajomym, wybraliśmy się na 24 godzinny marsz z noclegiem na dziko. Załadowani w 11 kilogramowe plecaki, wystartowaliśmy trochę po szóstej rano z Częstochowy i ruszyliśmy w stronę miejscowości Żarki. W okolicach godziny 15, zaczęliśmy szykować sobie improwizowane schronienie (nie chodziło o super szałas, a jedynie o konstrukcje której mieliśmy używać maksymalnie przez pięć godzin) które ochroniło nas od wiatru. Z roztopionego na ognisku śniegu zrobiliśmy zupki instant i  wskoczyliśmy w śpiwory. Niestety kolega – mój dawny, dawny dowódca – dysponował jedynie śpiworem o komforcie cieplnym + 18°C. Jednak z uwagi na to że jak każdy wspinacz jest niezłym twardzielem wytrzymał w nim ponad trzy godziny! Po przebudzeniu od nowa musieliśmy rozpalić ognisko, rozmroziliśmy sobie na nim jedzenie i trochę przed północą, ruszyliśmy dalej. Z uwagi na to że sprzętowo byliśmy przygotowani na temperatury rzędu od -5 do -10°C, tak więc słupek rtęci w okolicach -18°C oraz dość silny wiatr mocno nas zaskoczył. Było to o tyle nieprzyjemne, że każdy postój oznaczał szybkie i mocne wychłodzenie, a już w okolicach godziny czwartej i piątej nawet marsz przestał rozgrzewać. Gdzieś w trakcie postanowiliśmy sobie zagrzać herbatkę na legendarnym prymusie, jednak z przyczyn przeze mnie nie ustalonych kuchenka przestała działać. Dwa razy ją nagrzewaliśmy, dwa razy próbowaliśmy podpalić wylatujący gaz i… nic. No, ale jako zaradne chłopaki, zamiast kolejny raz próbować, rozlaliśmy po prostu paliwo na pokrywce od menażki i podpaliliśmy. Zauważyłem że wiele osób podejmuje określone działanie z zamiarem osiągnięcia jakiegoś celu, a gdy działanie to okazuje się nieskuteczne, zamiast zreflektować się i zmienić taktykę, dalej tkwią w swoich przekonaniach i pomimo wielu takich samych prób, dalej nie osiągają swojego celu, taka dygresja.

W końcu, gdy słońce wzeszło nad horyzontem, dotarliśmy do fajnie osłoniętego przystanku by w jego promieniach przespać się kilka minut – wspaniałe uczucie. I w ten oto sposób nasza 50 km wędrówka dobiegła końca, a ja nabrałem ochoty na dalsze wypady 😀 !

* kiedyś w gazecie zobaczyłem ogłoszenie o mniej więcej takiej treści: Za pięć złotych wyślę do Ciebie pocztówkę ze Świętego Miasta Częstochowy. Od tej pory Częstochowa nie jest dla mnie zwykłym miastem 🙂