Trasa rowerowego szlaku orlich gniazd zaczyna się na stacji PKP Kraków Mydlniki mieszczącej się na terenie Tenczyskiego Parku Krajobrazowego i jest oznaczona czerwonym kolorem. Dworzec ten otwarto już w 1847 roku, jednak dzisiaj przypomina jedną z wielu peryferyjnych stacji chodź w 2008 roku za sprawą kibiców GKS Katowice, można było o nim usłyszeć.

Przez całe 90 kilometrów, trasa jest dość dobrze oznakowana chodź czasem trzeba się zatrzymać i uważnie porozglądać. Pierwsze pięć kilometrów poruszamy się specjalnie przygotowaną trasą rowerową, a następnie wjeżdżamy w tereny zalesione. Tutaj pojawiły się pierwsze problemy ponieważ pokonywałem ten odcinek jeszcze przed nadejściem kalendarzowej wiosny, dlatego  przez znaczne odległości musiałem borykać się z przyklejającym się wszędzie błotem – jednak w moim odczuciu to tylko nadawało odpowiedniego smaczku tej wędrówce, a jednocześnie przypominało bieg katorżnika.

Po około 30 kilometrach opuszczam tereny zalesione i wjeżdżam do Krzeszowic miejscowości liczącej prawie 800 lat. Jeżeli masz chwilę możesz obejrzeć Pałac Potockich, Vauxhall, dawne synagogi lub zatrzymać się w parku przez który przebiega trasa i chwilę odpocząć. Wyjeżdżając z Krzeszowic trzymamy się asfaltowej drogi i po prawej stronie mijamy kopalnie wapienia „Czatkowice”. Jadąc dalej po prawej stronie możemy podziwiać ruiny diabelskiego mostu. Został on wybudowany w latach 1671 – 1691 przez pustelników i nazwany przez nich mostem anielskim, jednak ludzie na podstawie legend według których na moście odbywa się zjazd diabłów i złych duchów ochrzcili go diabelskim mostem i ta nazwa funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Pnąc się coraz wyżej natrafiamy na źródło miłości ocembrowane na kształt serca, więc jeśli jesteś z ukochaną osobą powinniście się na chwilę zatrzymać i odpocząć. Jadąc dalej przejeżdżamy przez Paczółtowice, miejscowość licząca prawie 700 lat w której znajduje się gotycki drewniany kościół, a w nim obraz Matki Boskiej Paczółtowskiej oraz jeden z najstarszych w Polsce krucyfiksów. Dalej przejeżdżamy przez Racławice, gdzie ludzie jakby wyrwani z innej bajki żyją spokojniej, a dzieci beztrosko bawią się na ulicach. Jadąc przez Polesie i Zawadę odnoszę wrażenie że wjechałem do innego kraju. Ciągnące się aż po horyzont łąki tworzą klimat sielskiego spokoju, a wystające z ziemi skały mogą dać strudzonemu podróżnikowi odrobinę cienia. Następnie wjeżdżam w polną drogę i tutaj przygoda – spotykam na swojej drodze dwa owczarki niemieckie. Patrzą po sobie zdziwione moją obecnością i zaczynają biec w moją stronę. W ten sposób przez chwilę jadę w towarzystwie dwóch psów bez obroży które wysokością prawie dorównują mojemu środkowi transportu.. Do końca dnia spotkam jeszcze trójkę wolno biegających psów, z czego dwa nie będą już takie miłe i będę miał przyjemność jechać w towarzystwie ich szczekania. Tutaj krajobraz się zmienia i znów można odnieść wrażenie, że przenieśliśmy się gdzieś indziej. Połacie surowej ziemi, szutrowa droga oraz słońce świecące wysoko nad głową sprawia, że możemy poczuć się jak ostatni przedstawiciel ludzkiego gatunku. Następnie przejeżdżając przez Zimnodół i Olkusz czuję, że znajduję się gdzieś niedaleko morza. Łudząco podobne lasy i drogi posypane piaskiem – wrażenie to potęguje pojawienie się na drodze piaskowej wydmy na szczycie której rosną drzewa iglaste, to znak że niedaleko znajduje się Pustynia Błędowska. Pustynia z roku na rok maleje, dlatego może zdecydujesz się spędzić tutaj noc? Pamiętaj jednak że wśród jej piasków do tej pory natrafić można na niewybuchy.

Jeżeli zdecydujesz się jechać dalej to dopiero po kilku kilometrach znajdziesz odpowiednie miejsce na nocleg – w okolicach jaskini Biśnik, gdzie w weekendy można obserwować wspinaczy. Tutaj właśnie przy zachodzącym słońcu kończy się moja wędrówka.

Jura zachwyciła mnie swoim krajobrazem, a pogoda była wręcz wymarzona dla osoby która chce się sprawdzić – w dzień 18 stopni, w nocy -2, do tego wiele podmokłych terenów które trzeba pokonywać pieszo, a miejscami nawet można było przejechać przez śnieg i lód.

 

Ostatnie wpisy