Niedziela, dwudziesta druga w nocy, a ja siedzę przed komputerem i myślę jak zorganizować sobie swój czas. Kilka dni wcześniej miałem wyjechać na wyprawę rowerową, ale niestety plany się zmieniają i teraz zostałem bez pomysłu na nadchodzące dni. Mój kumpel Michał, niedawno pojechał stopem do Dubrovnika w Chorwacji (takie zawody), więc zadałem sobie pytanie czy może ja nie spróbowałbym sił w tej formie podróżowania? Parę razy gdy wracałem z gór wracałem stopem, ale nigdy nie dłużej niż kilkanaście kilometrów (do najbliższego dworca PKS czy PKP).

Po niedługim namyśle doszedłem do wniosku że to wyśmienity pomysł i zacząłem się zastanawiać gdzie mógłbym pojechać…

W góry! – za blisko.

Nad morze! – kilka miesięcy temu byłeś nad morzem (350 km samotnej wędrówki) i wydaje mi się że na razie nie ma po co tam wracać.

Hmmm… to może do Wiednia? I tak miałem w planach kiedyś odwiedzić to miasto, więc czemu nie! Tylko jak dojechać tam stopem?

Pogrzebałem trochę w internecie i wyczytałem że najlepiej do Wiednia jechać stopem z Cieszyna, a z Wiednia najlepiej wydostać się łapiąc stopa z ulicy Brünner Straße. Wyjąłem z szafy plecak, wrzuciłem tam dwie zupki chińskie, herbatę i cukier, kuchenkę na gaz, menażkę z kubkiem, baterię zewnętrzną, tableta oraz karimatę razem ze śpiworem. Wyłączyłem komputer i kontemplując wspaniałość tego pomysłu poszedłem spać.

Po przebudzeniu pomysł ten nie wydawał się już taki wspaniały, na szybko przygotowałem baaardzo poglądową mapę na telefon – na wypadek gdybym wylądował w jakimś lesie – zabrałem jakieś 120 zł i wyszedłem z domu.

Około trzy godziny później wysiadłem na stacji PKP bogatszy o trzy flamastry i litr wody, który kupiłem podczas przesiadki w Czechowicach – Dziedzicach.

Do Wiednia!Dobra jest, tylko co dalej? Pytam się taksówkarza, którędy dojść do mostu na Czechy – jak wspomniałem moja mapa była bardzo poglądowa – po kilkunastu minutach jestem już w Czechach. Patrzę na znaki i staram się wybrać najlepszą trasę, ale zupełnie nie mam pojęcia która droga prowadzi do Wiednia. Staje na jednej trasie licząc na to że wszystko się jakoś ułoży. Po około dwudziestu minutach zatrzymuje się przy mnie czerwony samochód, a kierowca mówi mi że do Wiednia to nie tutaj, że muszę przejść na inną drogę – uff ruszyło do przodu, mamy progres. W miejscu wskazanym przez kierowcę, stoi popsuty polski tir, więc pytam się kierowcy czy ta droga prowadzi na Wiedeń – odpowiedź pozytywna.

Więc znów stoję, więc znów się uśmiecham i lecą minuty. Do tej pory nie zapomnę czeskiego kierowcy dostawczaka, który widząc moją kartkę popukał się w czoło i zrobił minę człowieka, który z góry wie że czeka cię porażka – jeszcze do niego wrócimy.

Po 30 minutach zatrzymuje się przy mnie czarny ford na rosyjskich blachach i wypada z niego młody chłopak.

– Wienna?
– Wienna.
– My toże, dawaj.

I tak się rozpoczęła moja pierwsza autostopowa przygoda. Trafiłem do auta, dwóch młodych Rosjan z Moskwy (nie przedstawili się), którzy podróżowali bez bagaży, autem z 12 tyś przebiegiem. Porozmawialiśmy trochę o Rosji, ale nasz język angielski mocno kulał, więc po prostu sobie jechaliśmy. Po kilku godzinach – z których połowę przespałem – i zjedzeniu z nimi wspólnego obiadu (czyt. kanapki) wysiadłem w centrum Wiednia, a Rosjanin na pożegnanie mówił coś o hotelu – to jedyne co zrozumiałem.

Wiedeński krajobraz - prawie jak w TurcjiUdało się, jestem w Wiedniu! Teraz pora poszukać jakiegoś sklepu, żeby przygotować sobie kolację i tutaj pierwsze zdziwienie – wszystkie sklepy były otwarte do 19 lub 19.30. No to lipa. Idę w stronę Dunaju przeglądając menu nielicznych otwartych barów. Pizza 12 euro, kebab 8 – jak na mój budżet wynoszący 25 euro schowane w kieszeni to trochę za dużo. W końcu udało mi się znaleźć jakaś tajską knajpę w której oferowali jakieś Hummer Chips za 1,5 euro – to coś dla mnie. Znudzona Wietnamka, rzuciła mi na ladę dość obszerną siatkę – ale będzie jedzenia – myślę. Biorę nóż, widelec i kilka serwetek i ruszam dalej w kierunku Dunaju. Po chwili znajduje odpowiedni murek, otwieram mój obiad, a tam….. ciasteczka ryżowe (coś jak prażynki). Przez chwilę zastanawiam się co pomyśleć – przynajmniej się nie struje – biorę kolację w dłoń i ruszam dalej.

Po drodze mijam stację benzynową, na której woda kosztuje tyle samo co cola więc wybieram colę, którą wypiję kilkanaście minut później na moście nad Dunajem podziwiając pięknie oświetlony krajobraz miasta i światła odbijające się w nurce rzeki. Dochodzę do Donauinsel – jest to długa na 21 km sztuczna wyspa, leżąca na samym środku rzeki. Pięknie zalesiona, z licznymi barami, ścieżkami rowerowymi oraz łąkami. Po drodze mijam dwa ogniska – czyli słusznie wybrałem miejsce na nocleg – pozostaje mi tylko znaleźć odpowiednie miejsce. Udaje mi się znaleźć ładne miejsce, tuż nad samym DSCF8069Dunajem z widokiem na miasto – tak jak chciałem! Rozkładam karimatę, dopijam colę i idę spać. Miejsce było tragiczne. Cały czas wiało – na szczęście tylko z jednej strony, więc wystarczyło tylko położyć się na jeden bok, a śpiwór zatrzymywał podmuchy. Co jakiś czas przepływał statek wytwarzając falę które rozbijały się niepokojąco blisko mojego śpiwora. Spałem snem psa, czyli po około 30 – 40 minut po czym na kilka minut budziłem się. O pierwszej w nocy ptaki, mieszkające na krzaku niedaleko mnie zaczęły ćwierkać, co dość mnie zaniepokoiło bo oznaczało że ktoś je musiał obudzić. Zacząłem nasłuchiwać, ale nie słyszałem żadnych ludzkich głosów. Rozejrzałem się wokół i utwierdziłem w przekonaniu, że można mnie zobaczyć tylko z jednej strony, w dodatku tej w stronę której mam skierowaną twarz. Trochę bałem się że będzie padać, bo jedynie kurtkę miałem przeciwdeszczową i ta noc byłaby naprawdę ciężka – na szczęście nie padało. Koło 3.30 zacząłem robić sobie śniadanie, kiedy nagle za moich pleców dobiegł mnie głos – jakby z krótkofalówki.

– No to dałeś ciała – pomyślałem. Nie dość że nie znam ani jednego słowa po niemiecku, to co ja im powiem? Że turist? Że beautiful place i że ja here medytuje? – czekam na rozwój wydarzeń. Minutę, dwie, trzy – nic się nie dzieje. Nie mam pojęcia co to było. Gotuję sobie herbatkę i obserwuje jak po przeciwległej stronie brzegu pływa wielka łódź (chyba policyjna) i konkretnym szperaczem oświetla brzeg – czasem w podobny sposób tylko z użyciem radiowozów u nas w DSCF8080kraju policja przeczesuje parki. Po kilku minutach widzę że łódź zawraca i wraca skąd przybyła. Odwracam się do niej plecami, by za kilka sekund odkryć że idzie prosto na mnie. Nie jestem przestępcą, ani zbiegiem, jednak wychodzę z założenia że jeżeli można uniknąć problemów, to się ich unika. Błyskawiczne zebranie obozu i przeniesienie się kilkanaście metrów wgłąb lądu – jak za starych czasów. Okazuje się jednak, że łódź zmienia kierunek i płynie w swoją stronę. Pakuje plecak i powoli ruszam w drogę, niebawem zacznie świtać. Przechodzę cały Wiedeń, bo w nocy wymyśliłem sobie że wrócę przez Bratysławę. Wylotówka jednak okazuje się być w takim słabym miejscu, że trafienie dobrego auta przekracza mój potencjał szczęścia. Wbijam na stację benzynową, biorę mapę do ręki i szukam tej Brünner Straße – na oko jakieś 15 km przez miasto, którego nie znam. Kieruje się na Dunaj szukając stacji metra. Po drodze mijam jedną z wielu automatycznych wypożyczalni rowerów, jednak zapoznając się z miejscami w których mogę oddać rower, stwierdzam że na nic mi się to nie przyda. W końcu odnajduję stację metra, kupuję bilet 24 godzinny i za pomocą metra, pociągu i tramwaju docieram do Stammersdorf. Musze tutaj wspomnieć że zarówno na stacjach metra jak pociągu nie ma żadnych bramek (np. takich jak w Londynie) do których trzeba włożyć bilet żeby nas wpuściły. W dodatku niektóre wagony metra są otwarte (można przechodzić z wagonu do wagonu) podobnie zresztą jest w pociągach – być może komuś nie mającemu pieniędzy na bilet, przyda się ta informacja :).

Ostatnie spojrzenie na WiedeńW Stammersdorf w ciągu 6 minut łapię polski samochód który przewozi dwa samochody do Polski, w towarzystwie jednego vana. W Czechach zatrzymujemy się jeszcze na obiad i ruszamy dalej. Panowie jadą mocnymi bokami i przy okazji słucham opowieści o tym jak mój kierowca ma problemy z policją. Nic, życie. Wysiadam w Głuchołazach i akurat łapie PKS do Prudnika. W Prudniku łapię Pana Waldka (tak go nazwałem, on nawet słowem się nie odezwał) który swoją stunnigowaną corsą po szybkiej jeździe zostawia mnie w Kędzierzynie Koźle. Stąd już odbiera mnie Dominika i po kilkunastu minutach i grubo po północy mogę w końcu położyć się w swoim własnym łóżku.

Już planuje kolejny wyjazd 🙂

Na koniec: na początku wspomniałem o czeskim kierowcy, który pukał się w czoło – pamiętacie? Ta wyprawa tylko jeszcze mocniej uświadomiła mi żeby nie przejmować się niedojadami i nieudacznikami, tylko trzeba uśmiechać się i robić swoje!

  Wschód słońca nad Wiedniem  Jedna z wielu wypożyczalni rowerów W oczekiwaniu na pociąg   Wiedeński tramwaj Rower jest tutaj bardzo popularny

Wejście do Hogwartu

Ostatnie wpisy