Wstęp

O „Setce z hakiem” dowiedziałem się tydzień przed startem – na szczęście był jeszcze czas na rejestrację. Była to dla mnie pierwsza tego typu impreza, oczywiście wiedziałem co to kierat i harpagan, jednak te dwie ostatnie imprezy są bardziej prestiżowe, a ja potrzebowałem czegoś na dobry początek. I tak oto zdecydowałem się wziąć udział tej imprezie, jednak samemu za pierwszym razem to trochę nie po Bożemu. Obdzwoniłem wszystkich swoich znajomych, ale kto by myślał weekend poświęcić na jakiś marsz, przecież jest tyle błahostek które rosną do rangi sprawy życia i śmierci, byleby tylko wytłumaczyć sobie własne lenistwo.

Z kilkunastu wykonanych telefonów, tylko Michała zainteresowała moja propozycja. Michał jest wyjątkowo barwną postacią, o ciekawym podejściu do świata – w ten sposób wiedziałem, że marsz nie będzie nudny, a pomimo że na co dzień nie przygotowuje się do tego typu aktywności, niejednokrotnie już pokazywał w górach że się na łamie i maszeruje ile trzeba.

Sprzęt

Na tego typu imprezy zaleca się wzięcie bandaży, tabletek przeciwbólowych oraz apteczek. Jednak ja podszedłem do sprawy, typowo po mojemu. 100 kilometrów? Ok., ale utrudnijmy sobie zadanie. Więc do plecaka poleciała latarka, peleryna, 2 batoniki i dwie czekolady, dwie pary skarpetek oraz 0,5 litra wody, a na siebie adidasy, krótkie spodenki i t-shirt. Wśród zawodników można było zobaczyć, całą gamę szkół wędrowania – były trapery, camelbaki, i bojówki, ale także sandały, adidasy i krótkie spodenki. Jedni mieli buty na zmianę, inni zapasowe ubranie, ale wszyscy posiadali jedną wspólną cechę – wspaniały humor.

O „Setce z hakiem”

Na wielkie uznanie zasługuje organizacja imprezy. Na każdym punkcie było ognisko, woda i czekolada – jedna z harcerek oddała nam nawet swoją bułkę, proponując że jak chwile poczekamy to jeszcze nam ją czymś posmaruje. Dodatkowo istniała opcja przetransportowania bagażu, a nawet samochodów ze startu na metę. Dodając do tego kubek, „dyplom”, ciepły bigos oraz czekolady które wchłonęliśmy podczas marszu podejrzewam że nie mogłem lepiej wydać tych 35 złotych.

Zapisaliśmy się na start na godzinę 18.00, jednak teraz jestem już mądrzejszy i zapisywałbym się trochę później. Dodatkowa frajda polegała na tym, że mapy były z osiemdziesiątego któregoś roku, ale na szczęście dostaliśmy także dokładny opis trasy. Na początku trochę kluczyliśmy – tracąc jakieś 100 – 200 metrów – ale w końcu udało się nam wejść we właściwy tryb i dalej już szliśmy bez problemu. Z początku trasa wiodła przez malownicze pola, a dzień żegnał nas naprawdę wspaniałym zachodem słońca. Później zapadł zmrok, a z uwagi na całkiem przyjemną trasę mocno oszędzaliśmy latarki, delektując się panującą wkoło ciszą. Gdzieś przed trzecim punktem (tak mi się przynajmniej wydaje), minęła nas zgrana ekipa, a my podążając ich cieniem znacznie poprawiliśmy tempo oraz poznaliśmy Łukasza, weterana takich marszów, który nie miał nic przeciwko abyśmy towarzyszyli mu podczas dalszej wędrówki. Dzięki Łukasz za wspaniałą nawigację, niezłe tempo, miłą rozmowę oraz życzliwość dzięki której chciałeś podzielić się z nami jedzeniem czy żelem na kolana. Na szczęście pokrzywy oraz różne ciernie działały tak skutecznie na moje odsłonięte nogi, że nie musiałem używać żadnych żelów ani tabletek. Noc jakoś nam minęła, a świt przywitał nas niebem koloru krwi – więc pogoda była już przesądzona.

O szóstej rano dotarliśmy do punktu żywnościowego znajdującego się w okolicach 60 kilometra. Zjedliśmy ciepły bigos, który popiliśmy ciepłym napojem, chwile odpoczęliśmy i zaczerpnęliśmy języka. Dowiedzieliśmy się, że w tym roku hak wynosi (podobno) 10 kilometrów, co dawało nam do przejścia 50 kilometrów w trochę ponad 11 godzin. Do tego zaczęło padać, a deszcz zaczął wymywać z nas chęć dalszej wędrówki. I jakoś tak zapadła wspólna decyzja, że przy tej pogodzie z obniżającym się tempem marszu, nie zdążmy dość i wróciliśmy do punktu szóstego. Jak się później okazało, pogoda pokonała na trasie miażdżącą większość uczestników. I tak oto zakończyłem pierwszą imprezę tego typu, bez odcisków, bólu mięśni, bez zrezygnowania i jakoś tak dziwnie. Bo ani nie polegliśmy na trasie, ani jej nie ukończyliśmy (chodź ja uważam że jednak to pierwsze) – trudno, za bardzo niedługo Kierat, tam się przyciśniemy! Wracając do punktu szóstego – przespałem tam około dwóch godzin i poszedłem zobaczyć o której będzie jechał jakiś PKS. Okazało się że ludzie w Głubczycach nie do końca wiedzą, gdzie znajduje się przystanek, a wskazówki ludzi gdzie jedna osoba mówi mi w prawo, a pięć metrów dalej słyszę że jednak w lewo wybijały mnie nieco z tropu. W końcu jednak dotarłem i okazało się że najkorzystniejszy PKS odjeżdża już, w tej chwili, tak więc nie miałem nawet okazji się pożegnać, więc robię to na kartach tych stronic.

Podziękowania

Serdecznie dziękuje organizatorom, za to że chciało się Wam to wszystko zorganizować, a że dodatkowo dzięki Waszemu zapałowi oraz chęci wyszło świetnie należą się Wam tylko i wyłącznie brawa. Dziękuje Michałowi, że zgodził się na ten marsz i na pewno sprawdził samego siebie. Dziękuje również Łukaszowi, który podczas marszu opowiedział wiele ciekawych rzeczy i swoją postawą motywował do utrzymywania stałego tempa.

Do zobaczenia na trasie!

Ostatnie wpisy