Od dawna w mojej głowie tkwiło marzenie, że kiedyś muszę pojechać rowerem nad morze. W końcu po pieszym pokonaniu wielu kilometrów górskich szlaków, stwierdziłem że pora zabrać się za to marzenie i mam nadzieję że poniższa relacja zmotywuje Ciebie drogi Czytelniku, żeby realizować swoje pasję i stawiać czoła problemom które się pojawią!

Przyznam szczerze, nie jestem zawodowym kolarzem i nawet przez godzinę nie potrafię utrzymać stałego tempa 30km/h, ale jak to mówią:

Jeśli nie ma się odpowiedniego przygotowania trzeba nadrabiać pasją i zaangażowaniem – no ale od początku.

W połowie lipca, wyjechałem na kilkunastodniowy urlop podczas którego przebywałem na terenie Bułgarii i Turcji. Miało swoje późniejsze konsekwencje- ponieważ zupełnie zatarło we mnie wspomnienie polskiego lata które – jak się miało okazać na trasie – jest wietrzne, deszczowe, chłodne i jeszcze raz wietrzne oraz chłodne.

Z Bułgarii wróciłem na kilka dni przed wyprawą, jednak życie nie bardzo przejmuje się tym że Ty akurat coś planujesz, wiec za dnia wykonywałem typowe zajęcia dnia codziennego, a wieczorami siedziałem w piwnicy szykując swój rower – na tym etapie nie było już mowy o jakimkolwiek dalszym przygotowywaniu fizycznym, a to za sprawą przeziębienia które zagwarantowała mi klimatyzacja w autokarze. W niedzielę skończyłem pracę przy rowerze mocno po północy, położyłem się do łóżka i ogarnęło mnie zwątpienie. Za niewiele ponad 24 godziny miałem wyjeżdżać, a rower stał w piwnicy i nie nadawał się do niczego – dosłownie wszystko było w nim rozgrzebane, od łańcucha, po przerzutki, a na oponach kończąc. Stwierdziłem że jutro od samego rana będę musiał wziąć się do roboty i zasnąłem snem sprawiedliwego.
Trasa

Zaplanowanie trasy zajęło mi troszeczkę ponad dwie godziny. Zaznaczając kolejne punkty na mapie miałem przed oczami jak dane miejsce wygląda. Jak się później okazało, niektóre drogi gruntowe okazały się pięknym asfaltem sfinansowanych przez Unię Europejską, a niektóre drogi asfaltowe okazały się piaszczystymi drogami i w 99% przypadków prowadziły pod górę. Były też miejsca gdzie miała być droga, a było pole lub ogrodzona działka ale były to sporadyczne przypadki. Oczywiście na bieżąco korygowałem trasę – szczególnie już samą końcówkę z Grudziądza do Gdańska – jednak bardzo się przy tym kontrolowałem ponieważ wiem, że za sprawą silnego zmęczenia człowiek ma większe skłonności do brawury
i podejmowania pochopnych – złych – decyzji.

Zanim zaczniemy

Podczas tego typu aktywności, kiedy organizm pozbawiony jest snu, brak mu odpowiedniego jedzenia- wspomnienia stają się rozmyte. Wracając myślami do tamtych chwil widzę zlepek dni
i nocy. Pamiętam konkretne chwile, ale sporą część kilometrów przejechałem myślami będąc gdzieś dalej koncentrując się na celu, a nie na drodze.

„Lecz Ci co zaufali Panu odzyskują siły

Otrzymują skrzydła jak orły

Biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą”

Iz 40,29-31

Łatwo być ateistą w mieście. W sytuacji kiedy mamy dach nad głową, jedzenie w lodówce i ciepłą kołdrę nie myślimy o Bogu.
W życiu które polega na pokonywaniu codziennie tej samej trasy tą samą drogą nie odczuwamy strachu i niepewności. Wiemy co przyniesie jutrzejszy dzień i jesteśmy tego dnia pewni.

Jednak w sytuacji, kiedy jesteśmy daleko od domu, kiedy znajdujemy się w obcych dla nas miejscach, kiedy nasza sytuacja, zaczyna zależeć od ludzi których spotykamy, od dróg które wybieramy, oraz od zdarzeń które sprawiają że znajdujemy się w konkretnym miejscu o konkretnej porze zaczynamy wierzyć, zaczynamy mieć nadzieję że ktoś czuwa nad naszym losem. Zapewne miastowi ateiści parskną w tym momencie śmiechem wierząc że sami są wstanie poradzić sobie z każdym wyzwaniem.
Ja nie wstydzę się przyznać, że bez wiary w Boga, że bez wiary w Bożą opatrzność najprawdopodobniej zawróciłbym w połowie drogi – zarówno tej, jak i wielu poprzednich.

Gdy w nocy jechałem przez puste pola, gdy w końcu wyjeżdżałem z tych pól i trafiałem do wsi po których goniły mnie psy, gdy zostawiałem te psy w tyle i wjeżdżałem w las, czułem się jak małe czółenko na tle bezkresnego morza. Ja mały człowiek, z marzeniem, widoczny jako te kilka lampek, siedzący na kilku kilogramach metalu cały czas miałem wiarę. Cały czas wierzyłem, że goniący mnie pies nie skoczy, że nie spotkam pijanego kierowcy, że nie wywrócę się w mroku i nie stracę przytomności. Wierzyłem że nie zabraknie mi sił, a wszelkie niesprzyjające okoliczności z którymi nie byłbym sobie w stanie poradzić, będą akurat w innym miejscu. No ale dość już tych rekolekcji, pora ruszać
Wyprawa

Pierwszy dzień 175,71 km

Wyjechałem około godziny 4.30, w towarzystwie spadających na mnie kropel deszczu. W tylnej sakwie, miałem śpiwór, trzy koszulki, jedną polarową kamizelkę, nieprzemakalną kurtkę oraz trzy pary skarpetek. Dodatkowo zabrałem także namiot. Nieprzespana noc, resztki choroby oraz zacinający deszcz tworzyły nieciekawą mieszankę. Mimo tego napierałem dalej, by po około siedmiu godzinach na dłuższą chwilę pożegnać się z deszczem. W godzinach popołudniowych bateria w moim telefonie, miała już tylko dwie kreski i koniecznie potrzebowałem prądu. Nie mając innej możliwości zatrzymałem się przy budce dróżnika, w której siedziała miła Pani i bez problemu zgodziła się podładować mój telefon. Wyszedłem przed budkę, usiadłem na trawie i zapadłem
w półsen przerywany odgłosami przejeżdżających samochodów.
Po krótkim czasie pani dróżniczka zaproponowała mi herbatę, jednak ja potrzebowałem tylko snu. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, dróżniczka otwarła swój samochód i powiedziała że mogę się przespać. Po dwóch – chyba – przespanych godzinach, opowiedziałem jej dokąd się wybieram i skąd jadę. Pani bardzo spodobała się ta inicjatywa i dała mi coś o czym ja zapomniałem,
a okazało się wyjątkowo przydatne – kamizelkę odblaskową. Moja została gdzieś na szlaku orlich gniazd, a w całej tej gorączce przygotowań, zupełnie o tym zapomniałem.

Wydaje się że to zwykły drobiazg – nieistotny epizod – jednak ja podszedłem do tego zupełnie inaczej. Większość osób nigdy nie otrzymała od kogoś zupełnego obcego, czegoś co mogło uratować jej życie, szczególnie że nawet o to nie prosiłem. To zdarzenie znacząco wpłynęło (odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły) na moje morale – które i bez tego było w całkiem niezłej kondycji – oraz przepełniło pewnością, że ktoś jednak nade mną czuwa. (Edycja 22.12.2013: Rok później, w Finlandii i ja dałem komuś taki drobiazg, na którym mu bardzo zależało, dzięki czemu poznałem Antona Duma – człowieka który rowerem objechał całą Europę, taki zabawny zbieg okoliczności 😉 Więcej tutaj: NORDKAPP 2013)

Znów się zrobiło rekolekcyjnie, ale to już ostatni raz w tym artykule – obiecuje. W każdym razie ślad GPS mówi mi, że pierwszego dnia pokonałem 175,71 km, kończąc dzień pod jakaś wiatą. W tym momencie nie wiedziałem jeszcze z czym to się je i próbowałem przespać te 6 godzin, jednak był to jedynie półsen przerywany przez walki kotów, głosy ludzkie oraz inne tego typu dźwięki. Tego dnia zjadłem kilka marsów, kawałek kiełbasy, jedną bułkę z ohydną konserwą oraz wypiłem litr mleka i około cztery litry wody.

Drugi dzień, 201,14 km

Wystartowałem na długo przed tym nim pierwsze promienie słońca rozjaśniły horyzont. Około południa pojawił się ból w kolanach
i właściwie skończyła się już praca przerzutkami. W takich momentach wiele osób wycofuje się odczuwając dyskomfort, odczuwając fizyczny ból, jednak ja byłem na niego psychicznie nastawiony oraz już go dość dobrze poznałem podczas dni spędzonych w Związku Strzeleckim, na górskich szlakach, na maratonach oraz na pieszych maratonach ekstremalnych. Tego dnia celem pośrednim było dotrzeć do jeziora Chodecz, gdzie miało być jakieś pole namiotowe. Dojeżdżając do celu, zadzwoniłem do właściciela obiektu na którym miałem przespać kilka godzin. Okazało się, że to „pole namiotowe” jest gdzie indziej, ale on mnie tam zawiezie i na razie tam nikogo nie ma, ale dostanę klucze… trochę sekciarsko, więc zatrzymałem się w przydrożnym barze i tam pytając o pole, właścicielka zaproponowała że mogę rozbić się u niej – wspaniale. Spokojne pięć (chyba) godzin snu, poprzedzone mrożoną pizzą, a zakończone hamburgerem.  Niestety do baru zajechało kilku młodych chłopaków, którzy bardzo uważnie mi się przyglądali i intuicja kazała mi się stąd zwijać.

Około godziny 21 z porządnie zawiązanym namiotem i świeżym spojrzeniem, ruszyłem na Włocławek – około godziny 12 wjechałem do miasta.

Trzeci dzień, 161,7 km

Podczas drogi do Włocławka, ubrałem się we wszystko co miałem szczerze żałując że nie mam żadnych długich spodni. Tutaj już
z braku odpowiedniej ilości kalorii borykałem się z ciągłym chłodem, a na skutek obolałych kolan nie mogłem jechać na tyle szybko żeby choć trochę podnieść temperaturę ciała. We Włocławku policjanci – zaczęli być uprzejmi od chwili, w której dowiedzieli się skąd jadę – poinstruowali mnie jak dojechać do jeszcze czynnego mc Donalda – jak dla mnie bomba. Zamówiłem frytki, tortille, herbatę i gdybym wtedy wiedział że to będzie musiało mi wystarczyć na najbliższe 24 godziny, na pewno zjadłbym więcej. Z pełnym brzuchem przekroczyłem tamę, by niedługo potem napotkać pierwsze krople deszczu.Zjechałem na najbliższy przystanek i w półśnie przeczekałem pół godziny soczystych opadów.

Tej nocy coraz trudniej było mi zapewnić sobie tzw. „komfort cieplny”. Coraz częściej musiałem schodzić z roweru i truchtać obok, ale dzięki temu… dzięki temu było mi cieplej 🙂

Po wschodzie słońca, natrafiłem na obrzeżach lasu ładne miejsce przeznaczone do biwakowania – wskoczyłem w śpiwór i przespałem jakieś dwie trzy godziny. Teraz już sprawa wydawała się prosta, następny sen nad morzem!

Dwie kreski w telefonie zmusiły mnie by zatrzymać się gdzieś najdłużej. W Kowalewie Pomorskim zajechałem do pizzerii, zamówiłem jakąś tam pizze i czekałem. Wreszcie najem się tak naprawdę! W końcu dostaje mój obiad, biorę pierwszy kęs – pyszna – gryzę drugi raz. Przechodzi mnie dreszcz, a na języku czuje coś twardego… ukruszyłem ząb! Odłożyłem już pizzę i stwierdziłem że na chwilę obecną wystarczy. Na pocieszenie zamówiłem sobie herbatę, którą dostałem w pięknie brudnym kubku, ale zupełnie nie miałem ochoty żeby się o cokolwiek wykłócać. Patrząc na olimpiadę, ogrzewałem dłonie na kubku z herbatą i czekałem aż bateria w telefonie poinformuje mnie że została naładowana. Najbardziej żałowałem, że nie mogę sobie tak po prostu usnąć, ale musiałem pilnować roweru i nie chciałem żeby szefowa uznała mnie za jakiegoś menela i wyrzuciła. W końcu telefon naładowany – prawie – a ja kieruje się dalej. Tym razem ostatnie większe miasto na mojej drodze – Grudziądz.

Do Grudziądza wjeżdżam po zmroku i ogarniają mnie mieszane emocje. Do tej pory przejeżdżałem głównie przez wsie w których zawsze znajdował się tylko jeden sklep, przejeżdżałem przez pola gdzie nie było nic. Teraz jestem głodny, zmęczony, wychłodzony
i znajduje się w samym środku obcego mi miasta, w którym mija mnie pełno aut oraz rowerzystów którzy pytają mnie skąd jadę
i gratulują czasu. Ale ja czuje się źle, ogarniają mnie czarne myśli, a organizm wszystkimi siłami prosi się o sen. Jednak w tym miejscu nie mogę już sobie odpuścić więc lekceważe wszystkie czarne scenariusze które przychodzą mi do głowy i około 22 podjeżdżam do mc Donalda – to był mój problem, większość większych miast przejeżdżałem w nocy wiec mogłem tylko marzyć o jakiś kotletach, jajecznicach czy zupkach – i tam zrobiłem sobie niezłą ucztę, jakieś 4000 kcal. Poczekałem aż wyschnie na mnie lekko zmoczone ubranie, a organizm wchłonie potrzebną mu ilość ciepła. Około 23.30 wyjeżdżam z Grudziądza i przeprowadzam już ostatni nocy atak – Gdańsk.

Czwarty dzień, 49,59 km

W miejscowości Nowe wjeżdżam na drogę krajową numer 1 (E75)
i poboczem mocno atakuje. Planowo miałem jechać drogami gruntowymi nadkładając trochę kilometrów, ale późna pora i niskie natężenie ruchu skłoniły mnie do poruszania się tą ruchliwą trasą i muszę przyznać że był to najbezpieczniejszy odcinek całej mojej podróży. Świetna nawierzchnia, samochody jadąc swoim pasem nawet nie zwracają na mnie uwagi, bo mijają mnie w odległości metra – raj na trasie.

Ciągłe towarzystwo pojazdów ciężarowych – mimo że przejeżdżają w wyjątkowo bezpiecznych odległościach – motywuje mnie do jak najszybszej jazdy, a brak innej możliwości ,niż dojechanie do miejscowości Gniew, karze mi ignorować kolana w których tkwią teraz stalowe gwoździe dające o sobie nieubłaganie znać przy każdym podniesieniu nogi. W miejscowości Gręblin muszę zjechać
w boczną drogę i tutaj łapie mnie- nie tyle sen co otępienie. Już wiem że nie dodaję do celu w 72 godziny, więc wlokę się (nie przejmuj się tym że idziesz powoli, ważne że przybliżasz się do celu) i czekam aż promienie słońca rozgrzeją moje myśli. Ten dzień będzie chłodny jak każdy poprzedni, a wszelkie nadzieje, że wschodzące słońce kiedykolwiek ogrzeje moje zmarznięte ciało pozostały tylko marzeniami.

Każde zmęczenie kiedyś mija, a każdy ból staje się znośny, trzeba tylko napierać i wytrzymać psychicznie. Tym razem znów wyszedłem cało z tego pojedynku między „idź spać i poddaj się”, a milczącym pedałującym człowiekiem. Końcówka trasy jest najgorsza, wcale nie dlatego że jest najbardziej stromo, najchłodniej lub najbardziej boli. Po prostu jest najbliżej, jest tak blisko celu że chciałoby się odhaczyć to w myślach jako zaliczone i zapomnieć o sprawie. Szukając myślami ucieczki z wielką niechęcią pokonuje kolejne kilometry.

W końcu wjeżdżam do Gdańska, cel wyprawy osiągnięty. Dalej pozostaje mi dostać się do Władysławowa i łowić ryby na zaprzyjaźnionym kutrze rybackim. Ale to już nie ta opowieść i inna historia.

Dotarcie gdzieś o własnych siłach, trasą którą wytyczyło się samemu, niesie ze sobą nieprawdopodobną radość i siłę. Po takich wyjazdach, człowiek zaczyna Wierzyc że może osiągnąć wszystko o czym tylko marzy.

Nie pozostaje nic innego, jak ruszyć w kolejną podróż!

Na koniec odrobina statystyk i ślad GPS

Ostatnie wpisy