Rowerem na Czechy – 163 km w 25,5 godziny!

W ostatni piątek postanowiłem wybrać się z Michałem na prawdziwy wypad bez odpoczynku 🙂 Postanowiliśmy, że zrealizujemy dawno już wymyślony projekt i wybierzemy się rowerami na Czechy. Po nieprzespanej nocy, o czwartej nad ranem spotkałem się z Michałem w Katowicach i ruszyliśmy w kierunku Mikołowa. Gdy opuściliśmy jeszcze nie wytrzeźwiałe centrum miasta, od razu dało się poczuć wszystkie uroki nocnej jazdy – cisza, spokój, kompletny brak samochodów. Po dotarciu do Mikołowa strzeliliśmy sobie obowiązkową fotkę na rynku i ruszyliśmy dalej, w kierunku miasta Żory. Przy wyjeździe z Mikołowa, za sprawą nocy i dużej prędkości, wjechałem w potłuczoną szklaną butelkę i tak po około godzinie od rozpoczęcia wyjazdu, rozpoczął się nasz test silnej woli. Biorąc pod uwagę fakt że dętka była mocno podziurawiona, pokonywanie dalszych 140 km na takim sprzęcie mogłoby skończyć się fatalnie – wprawdzie ja bym dalej
kontynuował jazdę, ale po drugiej przyklejonej łątce sobie odpuściłem. Nie pozostało nam nic innego jak wrócić do Mikołowa i poszukać jakiegoś sklepu rowerowego. Dość szybko taki znaleźliśmy, jednak okazało się że otwierają go dopiero za trzy godziny. Wyjąłem więc karimatę oraz kuchenkę turystyczną, i te kilka godzin obowiązkowego postoju upłynęły nam w miarę szybko. Z nową dętką w oponie i zapasową w sakwie, ruszyliśmy dalej.

Sprzętowo byliśmy przygotowani na słoneczko i piękne widoki (taka pogoda panowała już od kilku dni), jednak rzeczywistość szybko to zweryfikowała. Cały dzień był pochmurny, wietrzny i szary – nie przeszkodziło nam to jednak w pokonywaniu kolejnych kilometrów. Trasę zaplanowałem tak, że praktycznie cały czas wiodła mniejszymi miejscowościami, lub też bocznymi uliczkami – niestety polscy kierowcy jeżdżą fatalnie i nie jest to tylko moje przekonanie, ale fakt oczywisty. Nieważne, czy idziesz wzdłuż drogi czy jedziesz rowerem – trzeba mieć oczy dookoła głowy, oraz świadomość że przepisy przepisami, ale życie ma się jedno, a kary dla kierowców którzy potrącą pieszego/rowerzystę są śmiesznie małe, a dla nas kończą się śmiercią lub trwałym kalectwem.

No w każdym razie, przejechaliśmy przez bardzo ładny rynek w Żorach, przejechaliśmy Jastrzębie-Zdrój i przekroczyliśmy Polsko – Czeską granicę w okolicach Skrbeńska, dojechaliśmy do Petrovice u Karviné i tutaj na trawie
zrobiliśmy sobie półgodzinną drzemkę. Po przebudzeniu, wskoczyliśmy na nasze rowery i udaliśmy się w kierunku miasta Karviná. Rzecz niesamowita, wystarczy przekroczyć niewidzialną granicę by już po kilku kilometrach jeździć po o wiele lepszym asfalcie, a kierowcy zaczynają wymijać Cię przy bezpiecznych odległościach i przy zachowaniu odpowiedniej prędkości. Uradowani tym faktem, zwiedzając przejechaliśmy przez Karvine, a następnie już przez wsie Stonava, Albrechtice i Chotebuz trafiliśmy do Czeskiego Cieszyna (Český Těšín). Jadąc przez czeskie wsie zauważyłem dość dziwne zjawisko. Jeżeli kiedykolwiek byliście w jakiejkolwiek polskiej wsi zapewne wiecie co się wtedy dzieje – wszystkie psy zaczynają szczekać i biegać wzdłuż płotu, na Czechach z kolei tak nie jest, tam psy na Ciebie patrzą i tyle. Nie gonią za rowerem, nie toczą piany z pyska, nie szczekają (oczywiście spotkaliśmy tam trzy czy cztery psy które powitały nas swoim głosem, jednak to i tak bez porównania z naszymi wsiami). Podzieliłem się moją refleksją z Michałem, który stwierdził że mi się wydaje i psy w Polsce też zachowują się jak te czeskie, jednak kilka godzin później, gdy przejeżdżaliśmy już kolejną z rzędu polską wieś przyznał mi jednak rację. Już pomijając dalsze rozważania o czeskich psach, przejdźmy dalej. Po przejechaniu
do polskiego Cieszyna, ruszyliśmy w stronę Żor, rozglądając się już za miejscem na nocleg. Nie mieliśmy namiotu, więc szukaliśmy jakiegoś przystanku autobusowego że odpocząć ze dwie godziny. W okolicach Kończyc Małych natrafiliśmy na bardzo fajną wiatę, w które przygotowaliśmy sobie kolację, wskoczyliśmy do śpiworów i przespaliśmy około dwóch godzin. Wstaliśmy około dwunastej w nocy, na butli zagotowałem jeszcze herbatę, spakowaliśmy graty i gdzieś w okolicach 0.30 wystartowaliśmy dalej. Wiele osób twierdzi że jazda nocą jest niebezpieczna, bo ciemno, bo nie widać, bo niebezpiecznie – nie jest to prawdą. Ulice na których za dnia auta zmuszały nas do jechania mocnym poboczem, teraz świeciły pustkami, a my w kamizelkach odblaskowych i z odpowiednim oświetleniem jechaliśmy ramię w ramie – przez całe 40 kilometrów minęło nas jakieś dziesięć aut – za dnia tyle aut mija Cię w ciągu minuty 🙂

Po 25 godzinach i 30 minutach, przejeżdżając 163,68 km wróciliśmy do Mikołowa na przystanek na którym kilkanaście godzin wcześniej podziurawiłem dętkę i tutaj zakończył się nasz wypad na Czechy.