Zjeżdżamy się z całej Polski w okolice Marcinkowa (obecnie mieszkają tu tylko dwie osoby), a konkretniej na Skowronią Górę (839 m n.p.m.) – tutaj spędzimy jeden z najciekawszych weekendów w naszym życiu. Samo dostanie się do bazy, jest nie lada wyzwaniem dla offroadowego jeepa na łańcuchach.

Po dotarciu do celu, każdy bierze łopatę i kopie w prawie metrowym śniegu– tutaj staną nasze namioty, w których nie będziemy mieć czasu siedzieć. Po około 1,5 godzinnej pracy, siedzimy w ogrzewanym namiocie, poznajemy siebie i kadrę. Następnie słuchamy wykładu dotyczącego podstaw ratownictwa, który przerywa huk… Wybiegam z namiotu i biegnę do osoby, potrąconej przez samochód mijając ofiarę wybuchu butli z gazem. Pod autem kobieta z połamanymi kolanami, a my mamy przy sobie małą apteczkę (którą ktoś bardziej doświadczony nam podrzucił) i własne ręce. Zakładam rękawiczki i myślę: cholera co robić.

I tak przez całe szkolenie, wykłady i pozoracje, pozoracje i wykłady – zapominamy o zmęczeniu, głodzie i mrozie.

Przez dwa dni szkolenia, zetknęliśmy się z wszelkiego rodzaju wypadkami, które mogą spotkać nas na szlaku (były zakrztuszenia, omdlenia, pożary, wypadki samochodowe, wypadki na linach), oraz sytuację które mogą spotkać nas na co dzień (chodź nie są codziennością) – psychopata z maczetą i pocięci ludzie, facet który przystawia nóż do gardła swojej dziewczynie, oraz zwyczajne bójki i ataki epilepsji. Niesamowita możliwość sprawdzenia siebie, a także szansa nabycia nowych umiejętności.

Oprócz typowej pierwszej pomocy, mieliśmy również możliwość wczuć się w ratowników górskich, szukając po nocy zaginionych turystów, a później transportować ich w śniegu po pas do obozu – każdy kto tego zasmakował, zacznie bardziej doceniać GOPR i TOPR.

Nie zabrakło również dodatkowych atrakcji, każdy z nas miał możliwość znaleźć się pod śniegiem, by chodź trochę wyobrazić sobie jak czuje się człowiek zasypany przez lawinę. Było również coś dla ludzi outdooru, stomatologia w terenie oraz zastrzyki – teoria i praktyka.

Ciekawym urozmaiceniem tematu, były zajęcia przeprowadzone przez Łukasza Tuleja, na których zostaliśmy wprowadzeni w tematykę survivalu oraz poznaliśmy metody budowy zimowych schronień – zresztą słusznie, przecież śpimy w namiotach na śniegu, pozyskujemy wodę topiąc śnieg, oraz działamy w miejscu w którym nie można liczyć na pomoc z zewnątrz – mieszkaniec Marcinkowa, pytany o to jak dojeżdża do nich karetka, odpowiada że w zimę nikt tutaj nie choruje, tak jest łatwiej i dla nich i dla ratowników.

Pozoracje, czyli „learing by doing”

Dobra, a teraz opis dwóch pozoracji które najbardziej zapadły mi w pamięć.

Siedzimy w namiocie na wykładzie, z bliźniaczego namiotu dobiega nas krzyk, wbiegamy – w powietrzu pełno duszącego dymu, widzę przy drzwiach osobę która próbuje się wydostać. Biorę ją pod pachy, mówiąc żeby trzymała głowę nisko, wybiegamy z namiotu przy wyjściu potykając się o kolejnego poszkodowanego. Wracam do namiotu i w dymie patrzę czy kogoś nie przegapiliśmy, na zewnątrz udzielamy pierwszej pomocy poszkodowanym.

Znów krzyk przerywa nam wykład, na samym początku widzę faceta z drgawkami, asekuruję mu głowę, a kątem oka widzę dwie bijące się dziewczyny. Gdy atak mija, przy poszkodowanym są już dwie osoby, więc podnoszę się i lecę do bójki i tutaj problem – cholera jak samemu w mądry sposób je rozdzielić, próbuję z nimi rozmawiać – ściana – po chwili pojawia się kolejna osoba i używając już fizycznych argumentów sprowadzamy do parteru, uspokajamy towarzystwo oraz udzielamy pierwszej pomocy.

Ile było tych pozoracji? Mnóstwo, a jedna zlewa się z drugą. Jestem osobą, która z trudem potrafi usiedzieć godzinę w tym samym miejscu – a dzięki takiej metodzie nauczania, nie mogłem narzekać na nudę.

Dla kogo to szkolenie?

W moim odczuciu dla każdego, kto lubi spędzać wolny czas w terenie – nieważne czy na skałkach, szlaku czy rowerze. Tutaj nie ma odpoczynku i każdy z uczestników, wykonuje wszystko o czym się uczy – inaczej niż w przypadku szkoleń na sali.

Bezpieczeństwo

Zazwyczaj samemu przemierzam polskie droża i bezdroża. Wiem że życie to nie gra i nawet drobny błąd, może znacznie je skrócić. Podczas szkolenia były zastrzyki, sytuację ekstremalne oraz masa nowych wrażeń, ale czy było bezpiecznie? Jako osoba szczególnie wrażliwa na punkcie bezpieczeństwa, muszę stwierdzić że ekipa Medaid odwaliła kawał porządnej roboty i przez cały czas trwania szkolenia, zarówno atmosfera jak i bezpieczeństwo były na najwyższym poziomie.

Serdecznie dziękuje ekipie Medaid

Ten artykuł ukazał się także na stronie Mediad: klik

Ostatnie wpisy

  • Droga na RysyDroga na Rysy O wejściu na Rysy marzyłem już od dawna, jednak zawsze stawało mi coś na drodze - raz fatalne warunki, innym razem […]
  • Zdobywamy Skrzyczne!Zdobywamy Skrzyczne! W minioną sobotę postanowiłem wykorzystać wszystkie uroki panującej u nas srogiej zimy i wybrać się na krótki marsz w […]
  • Pogoda w Święta Wielkanoce 2013Pogoda w Święta Wielkanoce 2013 Pamiętam jak rok temu, ubrany w czarny golf szedłem z koszyczkiem do kościoła - nie ściemniam, naprawdę to pamiętam - […]
  • Videoblog: W góry na spontanie.Videoblog: W góry na spontanie. Dziś nie słowa, a obraz i dźwięk 😉 Jako że nie miałem towarzysza, żeby mi się nie nudziło zabrałem aparat i […]
  • Nocny spacerek we mgleNocny spacerek we mgle W ramach przygotowań do nadchodzącego sezonu wyprawowego, postanowiliśmy wybrać się na krótki nocny wypadzik w góry. Z […]
  • Składany stołek podczas marszuSkładany stołek podczas marszu Jakiś czas temu w internecie wypłynął artykuł rzekomego członka KGB, w którym zawarte były instrukcje przygotowane […]