Nocny spacerek we mgle

W ramach przygotowań do nadchodzącego sezonu wyprawowego, postanowiliśmy wybrać się na krótki nocny wypadzik w góry. Z uwagi na fakt że oprócz tego że jesteśmy ludźmi czynu, to jesteśmy też ludźmi pracy, udało nam się wyjechać w sobotę dopiero po godzinie 16, by po ponad godzince rozpocząć wędrówkę w zapadającym mroku.

Z racji tego że wypad nie miał mieć charakteru czysto kondycyjnego, zrezygnowałem z nawigacji gps (oczywiście trasę sobie nagrywałem w telefonie, ale nie posiadałem żadnych map), a na moim wyposażeniu znalazła się jedynie papierowa mapa, latarka, 4 kanapki, termos, karimata i śpiwór – nawet z noża zrezygnowałem.

Z początku szło się nam bardzo przyjemnie, jednak niebawem pojawiła się straszna mgła, która ograniczała naszą widoczność jedynie do kilku metrów. Otuleni tym sennym, górskim klimatem powolutku szliśmy do schroniska, jednak z uwagi na słabą widoczność za pierwszym razem pomyliliśmy schronisko z prywatnym domem i wbiliśmy się pewnemu Panu na posesję.

Gdy wreszcie dotarliśmy do schroniska, okazało się że w środku swoje trzydziestolecie obchodzi klub górski (na pytanie jaki, usłyszałem że najlepszy :P) więc nie za ciekawie siedziało nam się w pijanym towarzystwie częstującym wódką – chyba się starzejemy. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej i tutaj mgła była już na tyle konkretna, że świecenie latarką (która jak się niedługo potem okazało miałem tylko ja) było zupełnie bez sensu. Tak więc szliśmy sobie w mroku, otuleni mgłą, nawigując na słuch wspierając się węchem.

Po kilku godzinach – właściwie przez przypadek – znaleźliśmy małą bacówkę. Termometr w środku wskazywał zero stopni, a ja stwierdziłem że nie uda nam się znaleźć nic lepszego na krótki odpoczynek. Po rozłożeniu karimat (kto nie miał karimat improwizował z rzeczami znalezionymi pod ręką) walnęliśmy się na deskach i daliśmy sobie trzy godziny snu.

Po przebudzeniu spakowaliśmy swoje graty – choć nie było tego zbyt wiele – i ruszyliśmy dalej w mrok. Niestety mgła zamiast ustąpić nasilała się coraz bardziej, a my po pewnym czasie pogubiliśmy już szlaki. Nie chcąc dalej bez celu błądzić we mgle, szliśmy w cały czas w jednym obranym kierunku – z górki – i postanowiliśmy że jak dojedziemy do miasta, to wtedy zorientujemy mapę, bo w tych ciemnościach i w mgle która nie pozwalała na odnalezienie jakiegokolwiek punktu orientacyjnego dalsze szukanie szklaku i zabawy z mapą były bez sensu.

Po dotarciu do pierwszego punktu orientacyjnego – przystanek obok kościoła – błyskawicznie odnaleźliśmy się na mapie, ustaliliśmy dalszy plan wędrówki i ruszyliśmy dalej przed siebie w blasku wschodzącego słońca. Po zejściu w gór, mieliśmy dużo szczęścia bo akurat złapaliśmy pksa, które w tego typu miejscowościach jeżdżą bardzo rzadko i podjechaliśmy sobie jakieś 10 kilometrów do naszego samochodu.

W drodze powrotnej, znów spłynęła na nas mgła i jeszcze przez kilkanaście minut mogliśmy poczuć się jakbyśmy dalej wędrowali po wierzchołkach gór…