kieratJestem świadomy zdobyczy XXI wieku i potrafię docenić najnowsze ubrania – dobre buty, kurtki i spodnie z gore-texu, bluzy które po złożeniu mieszczą się do kieszeni spodni, jednocześnie zapewniając dobry komfort cieplny. Doceniam napoje izotoniczne, które nawadniają lepiej niż woda, oraz wszystkie inne wynalazki, które ułatwiają trudy wędrówki. Uważam jednak, że ludzie przywiązują zbyt wielką wagę do sprzętu – chyba że jesteś zawodowcem, wtedy dobry sprzęt daje ogromną przewagę.. Zaczynają myśleć że to od niego zależy powodzenie ich wypraw – a kiedy nie osiągają swojego celu, kupują lepszy sprzęt zamiast poszukać winy w samym sobie

. Oczywiście zdaję sobie sprawę że wiele wypraw nie udałoby się gdyby nie odpowiedni sprzęt, ale pamiętajmy że w 1909 roku zdobyto biegun północny, w 1911 roku Roald Amundsen zdobył biegun południowy, a Mount Everest zdobyto w 1953 roku. Dopiero długo po tych wydarzeniach wymyślono redbulla (1987) i gore-tex (1977).

100 kilometrów – marsz!

Tak więc postanowiłem wystartować w jednej z prestiżowych imprez – podobno z uwagi na 3500 metrów podejść i wymieszanie asfaltu z polnymi drogami, jest to najtrudniejsza „setka” w kraju – ubierając się jednak wybitnie nieprofesjonalnie.

W ten oto sposób trafiłem na Kierat i stojąc na linii startu wśród osób mających na sobie ubrania termoaktywne z idealnie dopasowanymi plecakami lub camelbakami, trzymających w rękach kijki pomyślałem że szykuje się niezła zabawa. Sam miałem tylko adidasy z popularnego sklepu sportowego za 80 zł, dwie pary skarpetek z Croppa (nie żadne termoaktywne, bez specjalnych szwów), krótkie spodenki i dwa zwykłe bawełniane T-shirty. Plecak zawierał dwie pół litrowe butelki z wodą (żadnych iztoników czy napoi dla sportowców), pięć batoników (zwykłych ze sklepu spożywczego), dwie paczki sezamków, pięć cukierków, czapkę oraz kompas.

PK1, PK2 i PK3

Po uroczystym otwarciu maratonu, wszyscy ruszyliśmy w stronę jednego celu – mety. Na początku szedłem razem z Komendantem oraz zastępcą Komendanta z oddziału ZS Katowice, do którego kiedyś przynależałem. Pierwszy punkt zaliczyliśmy wspólnie, przy drugim zdecydowaliśmy się na inną drogę niż tramwaj i zaoszczędziliśmy przy tym trochę czasu. W połowie drogi do trzeciego punktu stwierdziłem, że dam radę wycisnąć z siebie troszkę więcej, więc ruszyłem przodem i od tego momentu skończyła się nasza wspólna wędrówka.

PK4

Na trzecim punkcie była możliwość uzupełnienia wody i panowała tam atmosfera rodem z filmu Dystrykt 9 – w blasku latarek ludzie planują dalszą drogę i uzupełniają wodę, a w tle ciągle słychać okrzyki sędziów którzy podbijają karty – trzysta trzy, sto pięćdziesiąt jeden… Na czwarty punkt nie udało mi się dostać tak jak planowałem i razem z tramwajem przełożyliśmy trochę drogi asfaltem. Gdzieś w okolicach północy złapał mnie kryzys, jednak przy temperaturze w okolicach trzech stopni nie za bardzo mogłem usiąść i się poużalać, więc z prędkością 7 km/h dotarłem do czwóreczki i zacząłem planować dalszą trasę ciesząc się ciepłem ogniska.

PK5

Po niecałych dziesięciu minutach, ruszyłem na piątkę, a po ognisku zostały tylko dreszcze. Miałem ambitny plan żeby przebić się grzbietem góry do piątki co w sumie mi się udało o wiele lepiej niż podejrzewałem. Do piątki dotarłem w przemoczonych butach razem z innym zwolennikiem nocnego przebijania się przez haszcze. Tam na punkcie zmieniłem skarpetki, przez pięć minut podsuszyłem buty i dalej.

PK6

Wychodząc z piątki, odbiłem na wschód i trafiłem na czyjeś podwórko – na szczęście nie było tam żadnego psa, a słońce zaczęło już się wyłaniać zza gór, więc w dobrym humorze ruszyłem asfaltem by po chwili wskoczyć na nieużywane już tory. Przy schodzeniu z torów cała grupa przede mną skręciła w prawo, a ja jako jedyny wybrałem inną drogę, po chwili dołączyła do mnie jeszcze jedna osoba i udało nam się znaleźć jeszcze jeden skrót, który kończył się chyboczącym mostkiem, ale wyszliśmy prawie przy samej szóstce. Na szóstce była możliwość uzupełnienia wody, jednak za sprawą temperatury od trójki nie napiłem się ani łyka, więc wziąłem tylko herbatę i w końcu ogrzałem dłonie na tyle, by móc normalnie wklepać numer telefonu – wreszcie dzień się zaczął na dobre i chłody nocy poszły w niepamięć.

PK7

Herbatę dokończyłem w drodze na siódemkę. Z mapy wynikała dość prosta droga, jednak ja znalazłem sposób żeby ją jeszcze skrócić o około 500 metrów i tak po niedługim czasie trafiłem na siódemkę, gdzie byłem w okolicach 240 miejsca.

PK8, PK9

Z siódemki na ósemkę powinno się iść około godzinki, lecz tutaj całkowicie dałem ciała i dopiero po 2,5 godzinie trafiłem do punktu – od tej pory już nie odbierałem telefonów i skupiłem się tylko i wyłącznie na marszu. Już nie tracąc czasu, od razu uderzyłem na dziewiątkę. Trzymając się tramwaju zaliczyłem dziewiątkę – sciężką która najprawdopodobniej powstała z potrzeby jak najszybszego wbicia się na szczyt – i dopiero 300 metrów przed dziesiątką zrobiłem sobie 10 minutową drzemkę.

PK10, PK11, PK12

nowym zapasem sił dotarłem do 10, potem prosto do 11, tam momencik przerwy – uzupełniłem wodę i musiałem obmyślić jak najlepiej podejść do Mogielicy. W końcu znalazłem dość ciekawą alternatywę gdzie po sporym kawałku asfaltu i około 300 metrowym przełaju wszedłem wraz z trójką innych piechurów na grań. Z Mogielicy schodziłem razem z dwoma innymi grupkami i kompletnie się pogubiliśmy. Sądzę że straciliśmy tu kolejne 15 minut, a ciągły wiatr i słońce powoli opadające do linii horyzontu zaczynały znów dawać mi się we znaki. Już myślałem że mój Kierat zatrzyma się – żałośnie – na około 86 kilometrze, na szczęście pojawił się Adam z gps-sem i poszliśmy z nim do dwunastki.

PK13 i do mety!

Po przebiciu karty skierowaliśmy się prosto do trzynastki, tam ostatnia perforacja i dalej asfaltem już na metę. Metę przekroczyłem przed godziną 22 po niecałych 28 godzinach marszu. Odebrałem dyplom i medal, zjadłem kiełbaskę i poszedłem spać. O 3:30 pobudka i powrót do domu na zasłużoną ciepłą kąpiel!

Do zobaczenia na szlaku!

Ostatnie wpisy

  • „Setka z hakiem” – 100 km w 24 godziny„Setka z hakiem” – 100 km w 24 godziny Wstęp O „Setce z hakiem” dowiedziałem się tydzień przed startem – na szczęście był jeszcze czas na rejestrację. Była […]
  • Nocny spacerek we mgleNocny spacerek we mgle W ramach przygotowań do nadchodzącego sezonu wyprawowego, postanowiliśmy wybrać się na krótki nocny wypadzik w góry. Z […]
  • Zdobywamy Skrzyczne!Zdobywamy Skrzyczne! W minioną sobotę postanowiłem wykorzystać wszystkie uroki panującej u nas srogiej zimy i wybrać się na krótki marsz w […]
  • Vagabundog – psio-ludzkie wędrówkiVagabundog – psio-ludzkie wędrówki Niedawno miałem przyjemność przez krótki czas towarzyszyć Adrianowi z ekipy vagabundog.pl w jego charytatywnym […]
  • Święte Miasto Częstochowa*Święte Miasto Częstochowa* Z uwagi na to że zima na nowo do nas powróciła razem z moim znajomym, wybraliśmy się na 24 godzinny marsz z noclegiem […]
  • Składany stołek podczas marszuSkładany stołek podczas marszu Jakiś czas temu w internecie wypłynął artykuł rzekomego członka KGB, w którym zawarte były instrukcje przygotowane […]