Zazwyczaj staram się pisać o podróżach, albo o kwestiach bezpośrednio z nimi związanych, jednak moja ostatnia historia była tak niesamowita, że postanowiłem Wam ją opowiedzieć.

Dawno, dawno temu, mniej więcej przed wczoraj na wyświetlaczu mojego telefonu pojawił się nieznany numer. Okazało się że jakiś facet wygrzebał, w internecie moje ogłoszenie dotyczące regałów sklepowych. Regały zwykłe, proste, wręcz standardowe, a cena niezbyt korzystna – opuściłem jedynie 20 zł, od innych które można znaleźć w internecie. Koleś zdecydowany, bierze na pewno, płaci gotówką, tylko jest jeden problem, czy mogę mu je dowieść do Wrocławia (200 km w jedną stronę). Oczywiście za paliwo odda, tylko że mu bardzo zależy i chciałby mieć je już.

Mówię mu że na już się nie da, ale na dzień następny już się wyrobie -trzeba regały ofoliować, wymyć, pożyczyć auto etc. – powiedział że zadzwoni za godzinę.

Po trzech godzinach nie było od gościa żadnej wieści, pod wieczór również.

Pewnie znalazł gdzieś bliżej (co to za problem kupić takie regały), albo ktoś robił sobie jaja.

Następnego dnia, około dziesiątej znów do mnie dzwoni i mówi że oprócz tych regałów weźmie jeszcze kilka innych rzeczy, tylko że jest jeszcze jeden problem. Tego dnia już nie mieszkał we Wrocławiu, tylko w Zgorzelcu i żebym mu puścił sygnał jak będziemy wyjeżdżać to on też ruszy i się spotkamy w tym Wrocku.

Przyznam się szczerze, że średnio mi się to podoba – gość zrywa kontakt, zmienia adres zamieszkania, no ogólnie to wygląda tak jakby ktoś sobie robił jaja. Ale z drugiej strony te 200 km to znów nie tak dużo (szczególnie jak pożyczone Ducato przy 160 nawet się nie zgrzeje) no i może gość jest takim wariatem jak ja – ubzdurał sobie że kupi regały z drugiego końca Polski i tyle… ogólnie zdecydowaliśmy się (ja z Tatą) podjąć tego zadania, wrzuciliśmy meble na furę, zabezpieczyliśmy pasami i rura. Na bramkach w Gliwicach, dzwonie do gościa, a on mówi że łooo, że jak szybko i żeby trochę zwolnić, a on już jedzie.

Po 30 minutach (naszych 70 km) rozbrzmiewa dzwonek telefonu, a we mnie budzi się lęk.

– Panie nie wiem co się dzieję, stoję na granicy, korek jak diabli, dacie radę pojechać trochę dalej za Wrocław, ja Wam za paliwo oczywiście oddam.

Nie ciężko się domyślić, że gościu zaczynał mnie już drażnić, a moje obawy (jak stoi na granicy,skoro mieszka w Polsce??) że zrobimy sobie jedynie wycieczkę krajoznawczą znacznie przybrały na sile.

– Poczekamy w tym Wrocławiu, niech Pan się nie śpieszy.

W międzyczasie, zaskakuje nas ogromna ulewa, na tyle ogromna że wycieraczki na maksymalnych obrotach nie dają rady zbierać, a CB od ciągłych piorunów zaczyna nieźle wariować. Pomimo ogromnych szumów na radyjku, dowiadujemy się że gdzieś pod granicą był korek. Dwa tiry się zderzyły, zamknięta cała droga, wszyscy stoją. Próbuje się do kolesia dodzwonić – poza zasięgiem. Żeby jakoś zabić nudę, zjeżdżamy do pizzy hut, a wchodząc do środka, dostaje od niego smsa, że już minął korek i jedzie. Po upływie jakichś 40 minut i kończeniu spaghetti na wyświetlaczu telefonu widzę jego numer, a mnie oblewa zimny pot.

– Panie, ja już jadę, ale nie wiem co się dzieje, auto mi ciągle gaśnie – wiedziałem, no wiedziałem że to jakieś jaja. Od początku mi to wszystko śmierdziało – czy możecie dojechać chociaż do takiej stacji koło Legnicy? Mając przed oczami osiemnastolatka na ławce w parku, który robi se ze śląskich frajerów jaja, zgodziłem się. Wyjeżdżamy, z Wrocławia a na radyjku informacja, że wypadek i korek. Z pomocą google maps, zjeżdżamy do najbliżej wsi, i wąskimi, tonącymi w wodzie drogami, ciśniemy wzdłuż autostrady w towarzystwie co chwile rozświetlających niebo piorunów.

Wieziemy kilka regałów i innych dupereli, a czuje się jakbym był pomocą humanitarną i jechał do jakiegoś trzeciego świata.

10 km przed Legnicą, znów telefon od niego (wcześniej był poza zasięgiem, ale to chyba przez gradobicie).

– Proszę Pana, Pan nie uwierzy złapałem gumę.

………

No wiedziałem, wiedziałem że gość robi sobie z nas jaja.

– Jak to gumę?

– No normalnie, stoję dwa kilometry przed stacją na poboczu. Mińcie mnie, zawróćcie i załatwimy to od razu, ja się stąd już nie ruszę.

No bankowo, na pewno jakiś psychiczny nastolatek chce nas wyciągnąć jeszcze 2 km dalej i mieć o czym opowiadać kolegom. Gościu nawet mi się nie przedstawił, zmieniał adres zamieszkania, silnik mu nawalał, a teraz niby jeszcze przed samą stacją złapał gumę i nie ma zapasu. No na pewno… Na radyjku pytam czy ktoś widział jego samochód na poboczu, dostaje odpowiedź że nic nie stoi… Ze świadomością, że oszukano nas jak trzyletnie dziecko, a moja zbyt duża wiara w ludzi, w końcu została sprowadzona do odpowiedniego poziomu, jedziemy sprawdzić czy faktycznie stoi… i stoi…

Zawracamy, mijamy go, ale żadnego kapcia nie widzę. Stajemy przed nim. Dla przypomnienia znajdujemy się na autostradzie, na poboczu, a na horyzoncie bardzo szybko pojawiają się deszczowe chmury, spod których właśnie udało nam się uciec. Z samochodu wychodzi młody chłopak, ręce w kieszeniach, gwizda pod nosem i zaczynamy przekładać meble uważając by żaden TIR nas nie zdmuchnął. Podczas tej 20 minutowej roboty, zauważyłem że ma nie tyle kapcia, co konkretny wystrzał i stoi na samej feldze, czyli jednak nie kłamał.

Zastanawiało mnie, czy gościu z takim szczęściem nie powie mi za chwile, że zapomniał pieniędzy, albo gdy tylko otworzy portfel, to podleci bocian i odleci z banknotami w dziobie, a może gościu po prostu wsiądzie do auta i powie to moje regały. My zadzwonimy po Policję, oni przyjadą, a on powie że wiózł meble, złapał kapcia i czeka na pomoc drogową, a jakieś buce ze Śluńska się zatrzymały i chcą go okraść…

Jednak nie, gość zapłacił co do grosza, my wsiedliśmy do swojego auta i odjechaliśmy jak najszybciej by jego szczęście nie przyplątało się do nas. Gdy pożyczaliśmy samochód, jego właściciel zapytał nas, kto kupuje regały z drugiego końca Polski. Nie wiem jak gość miał na imię, ale nie chciałbym chodzić w jego butach.

Ostatnie wpisy