Tatry zimaO wejściu na Rysy marzyłem już od dawna, jednak zawsze stawało mi coś na drodze – raz fatalne warunki, innym razem budzik nie zadzwonił – wiadomo, życie.

Tak więc gdy tydzień temu pojawiła się możliwość pojechania w Tatry, stwierdziłem że jadę. Wprawdzie teraz z uwagi na pracę kondycyjnie leżę, a w Tatrach od 1700 m n.p.m leży śnieg, ale co tam – wejdę ile będę w stanie.

Do parkingu pod Morskim Okiem dojechaliśmy na moment przed wschodem słońca. Podczas marszu asfaltem w stronę schroniska, podziwiałem przebijające się przez drzewa zaśnieżone szczyty gór, a także cały czas się zastanawiałem czy jest to dobry pomysł.

 

W Morskim Oku napiliśmy się wody, zjedliśmy prowizoryczne śniadanie i ruszyliśmy na Rysy. Już na samym początku mieliśmy przemiłe spotkanie z tutejszym mieszkańcem.

Z racji tego że jesteśmy jak prawdziwi Indianie, zwierzęta lubią nam pozować i pokazywać swoje wdzięki.


Jeszcze przez kilkanaście metrów nasz leśny przyjaciel prowadził nas szlakiem, po czym pięknie za pozował na tle jeziora i poszedł w swoją stronę, a my ruszyliśmy dalej. Oczywiście nie mogłem sobie odpuścić i musiałem się napić wody „z gwinta” – uwielbiam to!

Dalej droga zupełnie się zmieniła i już nie było sarenek, słoneczka i śpiewu ptaków. Dalej była zima!

Panujące warunki stworzyły nam niesamowity scenariusz wędrówki, w którym zaczęliśmy marsz na asfaltowej drodze otoczonej zielenią i szliśmy w towarzystwie śpiewu ptaków, by następnie metr za metrem, krok za krokiem wchodzić coraz wyżej i zostawiać za sobą zieleń drzew, śpiew ptaków i szum potoków.

Po przekroczeniu 2000 m n.p.m śnieżnobiałe chmury nakryły nas swoim całunem i następne 500 m szliśmy cały czas w chmurze, w bardzo kiepskiej widoczności. Schronisko w którym jedliśmy śniadanie, auto na parkingu, praca, obowiązki zostały gdzieś daleko w dole. Teraz było tu i teraz. Teraz naszym problemem było znalezienie szlaku (raz zbłądziliśmy dość mocno), wybranie właściwej ścieżki która nie obsunie się pod ciężarem naszych butów i nie patrzenie w górę (ani w dół). Same obsuwanie było moim największym zmartwieniem, bo zjechanie metra w dół gdy pod Twoimi nogami widnieje ogromna przepaść naprawdę podnosi ciśnienie. Była to moja pierwsza góra tego typu. Tutaj nie bolały nogi, nie było się spoconym, nie było nudy. Na Rysach, na śliskim śniegu, na łańcuchach każdy krok był walką – to było niesamowite uczucie, gdy po zrobieniu 10 kroków musiałem zrobić sobie kilka sekund przerwy by nabrać oddechu i dać odpocząć dłoniom. Jakieś 200 metrów przed szczytem zrobiliśmy sobie krótką przerwę – z uwagi na to że nikt z nas nie miał zimowych spodni musieliśmy stać prawie cały czas – bo trzeba było omówić jedną ważną kwestię. Byłem maksymalnie wypompowany, szliśmy już około pięciu godzin, bez praktycznie żadnej przerwy (nie mieliśmy nic żeby usiąść sobie na śniegu), a nawet nie byliśmy jeszcze na szczycie. Nie wyobrażałem sobie powrotu tą samą drogą w dół, dlatego postanowiłem że przejdę na stronę Słowacką i zejdę tamtym szlakiem. Michał powiedział że pójdzie ze mną. I tak ruszyliśmy dalej w kierunku najwyższego szczytu Polski. Na szczyt doszliśmy na godzinę 14, po 6 godzinach od momentu startu z Morskiego Oka. I podziwialiśmy taką oto piękną panoramę (która jednocześnie tłumaczy dlaczego nie ma żadnych zdjęć z marszu w chmurze :P)

Na szczycie!

Po spędzeniu kilku minut na wierzchołku, zeszliśmy na stronę Słowacką i zaczęliśmy schodzić razem z grupką Rodaków, którzy weszli tutaj tym szlakiem i wiedzą jak iść. Droga w dół była dość śliska, dlatego sporo metrów zszedłem po prostu zjeżdżając na tyłku ;D

Po drodze trafiliśmy jeszcze do najwyżej położonego (2250 m) schroniska w Tatrach – schroniska o tyle specyficznego, że już parę razy zostało zmiecione przez lawinę. Na ich stronie można znaleźć bardzo fajny fragment „Przez specyfikę położenia, schronisko zostało kilka razy zniszczone przez lawinę. Oferujemy smaczą domową kuchnię(…)” – chodź możesz u nas bardzo tanio zjeść, no chyba że kolejny raz zmiecie nas lawina, ale co tam, chodź na rosół 🙂 W schronisku nie było lawiny, tylko piec kaflowy, rozgrzany do temperatury przynajmniej 30°C. Po tylu godzinach na śniegu wejście do takiego pomieszczenia było jak cios poniżej pasa, a opuszczenie go jak wbicie w sam środek mózgu drewnianego nieobheblowanego kołka. Z helikopterem w głowie schodzimy dalej 🙂

Gdzieś w okolicach 18, po około 13 godzinach marszu schodzimy z gór, a pokryte lodem i ukryte we mgle wierzchołki górki po których nie tak dawno chodziliśmy, wydają się teraz sennym marzeniem. Czymś totalnie nie z tego świata…

Strasznie się cieszę że udało mi się zdobyć ten szczyt w takich warunkach, jeszcze bardziej cieszę się z tego że było to takie ciężkie – nie chodziło o to żeby wejść na górę, ale autentycznie z nią zawalczyć i wytężyć wszystkie siły.

Ostatnie wpisy

  • Zdobywamy Skrzyczne!Zdobywamy Skrzyczne! W minioną sobotę postanowiłem wykorzystać wszystkie uroki panującej u nas srogiej zimy i wybrać się na krótki marsz w […]
  • Videoblog: W góry na spontanie.Videoblog: W góry na spontanie. Dziś nie słowa, a obraz i dźwięk 😉 Jako że nie miałem towarzysza, żeby mi się nie nudziło zabrałem aparat i […]
  • Nocny spacerek we mgleNocny spacerek we mgle W ramach przygotowań do nadchodzącego sezonu wyprawowego, postanowiliśmy wybrać się na krótki nocny wypadzik w góry. Z […]
  • Outdoor First AidOutdoor First Aid Zjeżdżamy się z całej Polski w okolice Marcinkowa (obecnie mieszkają tu tylko dwie osoby), a konkretniej na Skowronią […]
  • Rowerem na Czechy – 163 km w 25,5 godziny!Rowerem na Czechy – 163 km w 25,5 godziny! W ostatni piątek postanowiłem wybrać się z Michałem na prawdziwy wypad bez odpoczynku 🙂 Postanowiliśmy, że […]
  • Pogoda w Święta Wielkanoce 2013Pogoda w Święta Wielkanoce 2013 Pamiętam jak rok temu, ubrany w czarny golf szedłem z koszyczkiem do kościoła - nie ściemniam, naprawdę to pamiętam - […]