Pierwsza noc na Norweskiej ziemi minęła bezproblemowo. Wprawdzie spałem obok mocno użyźnionego pola uprawnego co oznaczało pełno (naprawdę pełno) komarków, a z uwagi na krzywiznę terenu nie mogłem rozpiąć w pełni namiotu, ale było okej. Przebudziłem się w okolicach 6 rano, zebrałem cały sprzęt i zacząłem znów łapać stopa. Do celu mojej wyprawy zostało jeszcze niecałe 300 km.

Pomimo faktu że moją drogą jeździło bardzo mało samochodów, po dość niedługim czasie zatrzymał się samochód. Był to mój drugi i ostatni taki stop że zatrzymała się sama kobieta. W ten oto sposób przejechałem jedynie kilka kilometrów do następnej miejscowości. Tam na stacji benzynowej podładowałem tablet, podzieliłem się moimi waflami z ptaszkami i poszedłem na koniec miasta łapać dalej.

Suszenie ciuchów :)Po jakiejś godzinie złapałem rodzinę, które jechała aż do Lakselv czyli ponad 50 km przez wyludnione tereny. Krajobraz tutaj znacząco się zmienił. Opuściłem już rozległe, porośnięte lasem równiny Finlandii i teraz delektowałem się widokiem gór na których szczytach dalej zalegał śnieg. Gdy dojechaliśmy do Lakselv mój kierowca – który nawiasem mówiąc miał firmę budowlaną i zatrudniał w niej 7 Polaków – wysadził mnie na przystanku i powiedział że tutaj tą drogą pójdę i ona prowadzi bezpośrednio na Nordkapp – myślę świetnie, uda się, jeszcze dzisiaj tam dojadę. Szedłem powoli wystawiając swoją twarz do słońca i delektując się sukcesem. Nie wiem kiedy, ale nagle słońce zostało przykryte ciemną chmurą, a na moją twarz zamiast promieni słonecznych, zaczął padać deszcz. Jakieś 500 metrów dalej zobaczyłem przystanek autobusowy i postanowiłem tam podbiec. W sumie pada, ale w końcu mam taki przystanek jaki już od kilku dni chciałem – cały z drewna, z daszkiem i ścianami chroniącymi mnie od wiatru.

Troszkę się pośpieszyłem :DWiedząc że jestem już blisko celu zjadłem moje najlepsze danie (colę z czekoladą z Lidla) i nieśpiesznie zacząłem na kartonie pisać Nordkapp. Deszcz przestał padać, ja wyszedłem na ulicę i zacząłem łapać.

Po chwili zatrzymuje się młody mężczyzna i mówi mnie:

– Stary na Nordkapp to nie tutaj, to w drugą stronę

– Co? poważnie?

-No poważnie, w złą stronę stoisz.

Wyjąłem szybko mapę, patrzę (w międzyczasie podjechały jeszcze trzy samochody które minęły mnie wcześniej, ale zawrócili i postanowili mnie poinformować że stoje w złą stronę) i faktycznie, no cholera. Straty wyceniam na około jedną godzinę i przedwczesne świętowanie sukcesu.  Wracam skąd przyszedłem – w międzyczasie zaczyna padać, więc chowam się pod daszkiem – przechodzę przez całe miasto i dochodzę do jego końca. Po 15 minutach znów zaczyna padać, więc znów wracam się pod ten daszek i czekam aż przestanie. Gdy deszcz ustaje znów wracam na moją miejscówkę i tam odkrywam że zapomniałem mojego kartonika, więc znów pod daszek, znów na koniec miasta i tym razem mam wszystko, więc łapie dalej. Gdzieś pomiędzy jednym, a drugim spacerkiem widzę autobus turystyczny który miga do mnie światłami, a za kierownicą ten sam człowiek który niedawno spalił mój telefon. Tym razem autobus wypełniony po brzegi nie może mnie zabrać, pozdrawiam go jedynie machnięciem ręki. Po dość krótkim czasie – który z uwagi na wcześniejsze przygody niesamowicie się dłużył – zatrzymuje się rozklekotana skoda. W środku krasnolud, prawdziwy krasnolud! Rude długie gęste włosy, ruda broda kręcona w warkocz, postura krasnoluda. Wsiadam do środka i ruszamy w kierunku Nordkappu. Oczywiście mój kierowca nie jedzie na sam Nordkapp, ale jedzie jakieś 50 km w tym kierunku, do Parku Narodowego palić szałwię. Odmówiłem palenia szałwi w środku lasu, ale podwózki już nie. Wtedy pierwszy raz wyjechałem na Fiord i moim oczom ukazał się taki oto widok.

Piękne miejscie...

Trochę mi za to wstyd bo nie pomyślałem „Boże jak pięknie”, „jejku jak cudownie” tylko gdzieś z najgłębszych głębin wypłynęło pytanie „Jak ja stąd wrócę do domu?”. I wtedy tak naprawdę uderzyło mnie że jestem sam, oddalony od domu, rodziny i znajomych jakieś 3000 kilometrów drogi i droga ta nie jest niemiecką autostrada, tylko wąskimi powolnymi drogami prowadzącym przez najdziksze kraje europy. Nagle zrozumiałem że jestem tutaj bez norweskiej waluty (jedynie posiadając plastikową kartę), jedynie z plecakiem i kilkoma niezbędnymi rzeczami w środku. Do tej pory podróżowałem z dnia na dzień, za bardzo nie rozmyślając o tym co było wczoraj i nie planując tego co będzie jutro (no może marzyłem jedynie o tym wspomnianym wcześniej mega stopie z Nordkappu). I warto było podjąć się tej wyprawy, nawet nie dla samego zobaczenia końca Europy, warto było dla tego uczucia, dla tej myśli która ogarnęła mnie w tej chwili. Pytanie „jak stąd wrócę” pozostawiłem bez odpowiedzi i znów zatopiłem je w najgłębszych głębinach i podziwiałem widoki.

Mój krasnoludzki kierowca wysadza mnie przy muzeum przyrody w Stabbursnes – które tak naprawdę jest parkingiem z prowadzącymi z niego ścieżkami dydaktycznymi. Znów delektuje się słońcem, siedzę na kamieniach przy rzece i moczę w niej nogi. Później piję wodę bezpośrednio z rzeki, napełniam wszystkie butelki i gotuje sobie zupkę chińską i herbatę.

Po tym odpoczynku zaczynam łapać dalej, ale szczerze mówiąc nie zależy mi zbytnio. Jestem w cudownym miejscu, słońce grzeje, w pobliżu płynie nieskazitelnie czysta rzeka, wokół chodzą renifery – czego chcieć więcej? Jednak pomimo tego że mi nie zależało, łapię stopa aż do Olderfiord – ostatniego większego miasta przed końcem Europy. Moim kierowcą jest właściciel restauracji i hotelu znajdującego się w tej miejscowości i przez całą drogę opowiada mi o nocy polarnej, o tym jak tu pięknie i jak się cieszy że tu żyje. Właściwie nie daje mi dojść do słowa, tylko cały czas opowiada i jedna z jego historii jest naprawdę ciekawa i wręcz niespotykana w naszym kraju.

Słucham historii o człowieku którego poznał wiele, wiele lat temu. Był to Polak, któremu dał kiedyś pracę. Jak opowiada, ten mężczyzna był niesamowicie pracowity, pracował po kilkanaście godzin dziennie i nigdy nie narzekał. Teraz po 10 latach na norweskiej ziemi, dorobił się wielkiego domu, pięknej żony Norweżki, własnej firmy i kilku dobrych samochodów, bardzo ciężko na to pracował i teraz po tylu latach w pełni na to zasłużył. Cieszę się że go znam, mogę brać z niego przykład, to naprawdę dobry człowiek – podsumowuje. Usłyszeliście kiedyś w Polsce takie wyznanie? Sądzę, że w Naszym Kraju wyglądałoby to mniej więcej tak: „ten mój sąsiad Kowalski kupił sobie nowego mercedesa, pewnie wziął w łapę, albo coś ukradł. Albo w spadku dostał”…

No w każdym razie Helge, zaprasza mnie do swojego baru, częstuje herbatą i naleśnikami plus dostępem do WiFi (cena samej herbaty to wydatek około 20 zł, więc to nie lada prezent) i mówi kelnerce że jestem jego gościem i mogę tu siedzieć ile chce. Po chwili podchodzi do mnie mężczyzna, klepie w ramię i pyta: „To Ty łapałeś tego stopa w złą stronę w Lakselv?” Widzę że moja sława jeździ szybciej ode mnie 🙂 Długo nie posiedziałem, bo WiFi było baaardzo wolne, a ceny baaardzo wysokie. Wyszedłem na drogę i dalej próbowałem łapać stopa – to przecież jeszcze jakieś 100 km prostej drogi, stąd nie można już jechać w innym kierunku! Niestety (a może na szczęście?) nic nie złapałem. Tym razem rozbijam namiot jakieś 100 metrów od hotelu Helga i jakieś 10 metrów od drogi – nikt nie robi mi o to problemu. Do Nordkappu zostało mi jeszcze 128 km, a ja śpię obok jedynej drogi która tam prowadzi. Zasypiając znów marzę że na Nordkappie spotkam Polaków i to będzie mega długi stop…

KLIKNIJ I PRZEJDŹ DO KOLEJNEGO ROZDZIAŁU (DZIEŃ 9)

Nikomu nie przeszkadzała tutaj moja obecność

Ostatnie wpisy