Razem z Antonem wstajemy wcześnie rano – chodzi tylko o godzinę, słońce świeci tak samo mocno jak wtedy gdy zasypialiśmy – wymieniamy między sobą jeszcze kilka zdań, męski uścisk dłoni i nasze drogi się rozchodzą. Kilka tygodni później dostaje od niego informację (facebook rządzi!) że właśnie wjechał do Polski. Bardzo się cieszę że mogłem być małym, króciutkim epizodem jego przygody. Oto obiecany filmik National Geographic o Antonie:

A tutaj trasa jego podróży którą właśnie zakończył:

Anton Duma

Naprawdę bardzo się cieszę że mogłem go poznać i że dalej utrzymujemy ze sobą kontakt. Być może jeszcze kiedyś się spotkamy, gdzieś we wschodniej Afryce na przykład? Kto wie…

W pełni zregenerowany i zmotywowany na sukces zaczynam łapać stopa dalej na północ. Od celu mojej wyprawy dzieli mnie trochę ponad 700 km. Po kilku minutach łapania widzę że kilka metrów przede mną, jakiś facet również próbuje zatrzymać samochód – no pięknie myślę. Co gorsza, gdy facet mnie zobaczył, zaczął iść w moim kierunku – ale to jeszcze nie koniec! Okazało się że to nie jeden facet, a dwóch, w dodatku do plecaków mają przypięte wielkie patelnie – co jest? Żółwie ninja? Jeden z nich zaczyna mnie zagadywać skąd jestem, dokąd jadę itp., a drugi jedynie patrzy na mnie zza swych czarnych przeciwsłonecznych okularów z miną Clinta Eastwood-a.

Po krótkiej wymianie zdań pada pytanie, czy popilnuje im przez chwilę rzeczy. Dopóki czegoś nie złapię mogę pilnować, ale jak się coś zatrzyma to jadę – odpowiadam. Zgodzili się, ten bardziej gadatliwy ubrał czapkę z uszami królika i sobie poszli – chyba mnie wczoraj napadli i pobili i leże teraz na morfinie w jakimś szpitalu, a to wszystko halucynację…

Po kilkunastu minutach zatrzymuje się samochód z dwoma młodymi chłopakami, którzy mogą mnie podwieźć jedynie 30 km. Rezygnuje z tej propozycji, obawiając się że wyląduje na jakimś końcu świata. Pytam kierowcę czy wie może kiedy jedzie tędy autobus i dokąd jedzie. Chłopak wraz z kolegą wysiadają z auta, siadają koło mnie ma krawężniku i w internecie szukają mi rozkładu jazdy. To pokochałem w północnej Europie – bezinteresowną pomoc i brak pośpiechu.

Okazuje się że autobus przejeżdża tędy raz, albo dwa razy dziennie (nie pamiętam już teraz dokładnie) i jedzie aż na Nordkapp – no to stopem czy busem, dojadę – postanowiłem. Dziękuje chłopakom za pomoc i łapię dalej. Po chwili koło mnie zatrzymuje się turystyczny autobus (jeden z tych który jeździ na Nordkapp), otwierają się drzwi, a z środka… wypada wcześniej poznany Włoch z króliczymi uszami na głowie.

– Wsiadaj, wsiadaj jedziemy na północ – krzyczy zabierając swoje plecaki.

Okazało się że moi nowo poznani znajomi, złapali na stopa autobus! Co lepsze, kierowca jedzie prawie do Ivalo, czyli prawie 300 km w moim kierunku! Jadąc trochę się martwiłem że nie mam większych zapasów jedzenia (Norwegia jest znacznie droższa), ale mój smutek szybko ustąpił ponieważ kierowca zatrzymał się pod Lidlem na zakupy – no wyciągnąłem szczęśliwą kartę, wczoraj Anton, dziś ten stop, w dodatku zakupy, no mega, mega dzień! Skoro dzisiaj otrzymałem takie dary postanawiam wykorzystać je do końca i proszę kierowcę o naładowanie mojego telefonu – jak szaleć to szaleć! Jadąc podziwiam krajobrazy i wałęsające się przy drogach renifery. W Skandynawii żaden renifer nie jest dziki, każdy z nich należy do danego Sami. Sami jest to dawny lud zamieszkujący północne rejony Europy, prowadzący prosty styl życia, który kręci się wokół renifera. Z jego skóry robią ubrania lub dywany, mięso jedzą, a z kości wykonują narzędzia i biżuterię – po prostu 100% wykorzystanie zwierzęcia. To właśnie do Sami jadą moi włoscy – już – przyjaciele. Są to początkujący vlogerzy którzy jeżdżą po Europie i nagrywają filmiki kulinarne. Po drodze uczę się obsługiwać ich kamerę i dostaję propozycję że jak już zdobędę Nordkapp, mogę się z nimi skontaktować i pomóc im w kręceniu filmu.

Sielankowy nastrój przerywa zapach spalenizny i siwi dym unoszący się wokół fotela kierowcy. Podbiegamy do przodu (autobus był tylko nasz i swobodnie sobie po nim chodziliśmy 🙂 ), a kierowca trzyma w dłoni mój dymiący się telefon…

– uuuuu kaput – kwituje i oddaje mi bezużyteczne już urządzenie…

Prawie 2500 km od domu tracę telefon, mapy, gps, ważne telefony i całą resztę. Całe szczęście że wczoraj coś mnie podkusiło i zgrałem wszystkie zdjęcia na kartę pamięci, jednak musiałem czekać jeszcze 8 dni żeby przekonać się czy jest ona sprawna… Nieodżałowana strata, ale nie ma co rozpaczać. Po części byłem przygotowany na taką ewentualność dlatego:

  • miałem ze sobą książkowy atlas samochodowy Europy
  • tableta z możliwością wsadzenia karty sim (jak się później okazało wykorzystywanie go jako telefonu strasznie zżerało baterię, bardzo słabo łapał zasięg, a w dodatku nie mogłem sprawdzić ile mam jeszcze pieniędzy na koncie – nie obsługiwał tych wszystkich kodów i wyrzucał jakieś błędy)
  • najważniejsze numery (czyli do rodziców) trzymam zawsze w głowie 🙂

Od mojego włoskiego kolegi pożyczam telefon i wysyłam następującego smsa:

„Hej, spaliłem telefon, nie martw się jest okej, odezwę się wieczorem” – mam nadzieję że nie będzie to jakimś strasznym ciosem i naciskam przycisk „wyślij”.

Wysiadamy gdzieś pod Ivalo, w miejscu bardziej przypominającym Teksas niż północną Europę.

Podczas mojej wędrówki codziennie, na własne oczy widziałem jak krajobraz ulega stopniowej przemianie. Gdy wyjechałem z Polski, przez Litwę, Łotwę i Estonię towarzyszyły mi lasy. Wysokie, bujne drzewa rosnące wzdłuż drogi były stałym elementem krajobrazu. W Finlandii było podobnie, jednak po minięciu stolicy Laponii drzewa jakby stawały się coraz niższe. Teraz, stojąc przy stacji benzynowej, przed sobą mając drewnianą bramę zrobioną z dwóch starych łodzi, a w zasięgu wzroku znacznie niższe drzewa czuje że naprawdę dotarłem daleko. Obserwuje jak moi włoscy koledzy łapią stopa – między innymi na karton z napisem „I’m not a terrorist” – i czuje lejący się z nieba żar. Teksas, nie wiem czemu, ale to miejsce kojarzy mi się z Teksasem.

Po chwili zatrzymują samochód, jednak kierowca mówi że może zabrać tylko jedną osobę. Wsiadam do auta i może spotkam się jeszcze kiedyś z resztą towarzystwa. Kierowcą samochodu okazuje się facet który pochodzi z… Teksasu z USA… Rozmawiam z nim o Teksasie i o wielkich amerykańskich samochodach. Przy okazji dowiaduję się że w tej okolicy, w zimę są organizowane wyścigi na skuterach śnieżnych po zamarzniętej rzece. Wysiadam w Ivalo, w przedostatnim Finlandzkim mieście w mojej drodze na Nordkapp. Do następnego miasta mam około 40 km, a dalej 120 km wzdłuż których nie leży żadne miasto, miasteczko czy mieścina. Dobrze że wtedy tego nie wiedziałem, bo tylko niepotrzebnie bym się stresował.

Idąc po Ivalo zauważyłem sklep z pamiątkami i pomimo wysokich cen pomyślałem że zasłużyłem… Cholera zasłużyłem. Od 7 dni jestem w drodze, mam za sobą 7 dzikich nocy na obcych ziemiach i pokonane już 2800 km. Pewnie już kolejnego sklepu z pamiątkami nie będzie, więc wejdę. Dochodząc do drzwi zauważyłem że sklep jest dość ciasny więc zostawiłem plecak przed wejściem, gdy wróciłem do niego po około 30 minutach z fragmentem poroża renifera, dalej stał tam gdzie go zostawiłem – to chyba najwspanialsze w mocno północnej Europie. Nie ma żadnych ogrodzeń, ludzie zostawiają kluczyki w samochodach, a pozostawione przez Ciebie rzeczy nie znikają. Nie myślcie tylko że bez problemu można ukraść samochód! Po pierwsze każdy tutaj zna każdego, a po drugie to mając do dyspozycji tylko jedną drogę dość ciężko jest uniknąć patrolu 😉

Czując obijającą się w kieszeni pamiątkę idę dalej w poszukiwaniu końca zabudowań i dogodnego miejsca do łapania stopa. Po drodze zauważam jeszcze supermarket i postanawiam tam wejść bo bardzo przydałby mi się słuchawki (do skype). W sklepie znajduje pełno noży, pił, siekier, butli z gazem, ale słuchawek nie ma – trochę inny asortyment niż w Polsce. Przy okazji zauważam że spora część mężczyzn nosi przypięte do paska duże noże myśliwskie. Wychodzę z pustymi rękami i dochodząc do końca miejscowości widzę… moich włoskich znajomych!

 

 

 

 

 

 

 

 

-Gdzie Ty byłeś? Przysnąłeś sobie? – witają mnie.

Po chwili podjeżdża komercyjny autobus do którego wsiadają i więcej ich nie widziałem. Kierowca autobusu – młoda kobieta – pyta się mnie czy też wsiadam. Mówię że jak dzisiaj nic nie złapię, to jutro do niej wsiądę. Śmiejąc się zamyka drzwi i odjeżdża – i jak w tej piosence Perfectu „Znów jak pies. Byłem sam”.

Po chwili zatrzymuje dostawczego Volkswagena którego prowadzi były żołnierz, a obecnie strażak. Po drodze zabiera mnie w punkt widokowy, żebym mógł porobić zdjęcia i w całej okazałości mógł zobaczyć rozciągające się wokół ogromne jeziora. Przy okazji dowiaduje się że inaczej niż u nas, w Finlandii do lasu możesz bez problemu wjechać, pod warunkiem że jest tam droga która wygląda na przejezdną, czyli zwykła uklepana ziemia wystarczy. Następnie podjeżdżamy pod Straż Pożarną w Inari (ostatnim Finlandzkim mieście w mojej podróży) i mój kierowca idzie załatwić jakąś sprawę, a ja zza szyby widzę że kręcący się po okolicy faceci znów mają przypięte do pasków noże.

W dalszej drodze dowiaduje się że w północnej Finlandii bardzo wiele osób nosi tak noże, jednak w miejscach publicznych (kina, sklepy, supermarkety) jest to zabronione (w sensie niezgodne z prawem). Wysiadam na rozjeździe jakieś 70 km za Ivalo.  Do granicy mam jeszcze jakieś 67 km. Po godzinie stania minęło mnie może z osiem samochodów z czego tylko jeden jechał w moim kierunku. Zobaczyłem że jakieś 500 metrów ode mnie stoi jakiś punkt z pamiątkami, więc nie mając co robić postanowiłem tam pójść. Oczywiście plecak zostawiłem na poboczu, co się będę męczył. Przy okazji nagrałem taki oto filmik

W sklepie z pamiątkami okazuje się że nikogo nie ma, za to jest pełno skór reniferów i to po 30 euro za sztukę – niestety nie mam miejsca żeby ją zabrać, więc wracam do mojego plecaka i łapię dalej. W końcu zatrzymuje samochód ( w sumie na takim końcu świata nie mogło być inaczej) i dojeżdżam do granicy z Norwegią. W granicznej rzece Inarijoki zażywam kąpieli i nieopodal rozbijam swój namiot.

Za mną już 7 dni podróży i pokonane 3000 km. Do końca Europy mam jeszcze niecałe 300 km. Leżąc w namiocie słyszę obijające się o materiał komary i marzę. Marzę o tym że na Nordkappie spotkam Polaków i to będzie jakiś mega długi stop… a wiecie że podczas przygody marzenia się spełniają

KLIKNIJ I PRZEJDŹ DO NASTĘPNEGO ROZDZIAŁU (dzień 8)

Ostatnie wpisy