Wioska Świętego MikołajaOkoło godziny trzeciej nad ranem wychodzę z McDonalda i powoli idę wzdłuż miasta, by na samym końcu znaleźć odpowiednie miejsce do łapania stopa. Na pierwszym za miastem przystanku autobusowym rozkładam karimatę i patrzę w zachmurzone niebo – o tej porze nic tu jeszcze nie jeździ, więc delektuje się chwilą i zastanawiam się, co przyniesie mi dzisiejszy dzień.

Po około godzinie zatrzymuje pierwszy przejeżdżający samochód. Kierowcą jest młody chłopak, który właśnie jedzie do pracy do oddalonego o ponad 100 km Sodankylä – a co poniektórym ciężko jest 30 minut autobusem do pracy dojeżdżać 😛 Po spokojnej trasie ląduje w Sodankylä i próbuje dalej łapać stopa. Jest jeszcze dość wcześnie, ale pogoda jest fatalna – wietrznie i pada. Pomimo upływających godzin, co chwilę mijają mnie te same samochody które kręcą się po tym niedużym mieście. Naprawdę mam dość, nie dość że zimno, to widok tych samych samochodów zupełnie mnie dobija. W pobliskim markecie kupuje zimowe rękawiczki i śniadanie i próbuje łapać dalej.

Renifery - pierwsze wyjście z cienia :DPoprzednie bardzo ciężkie noce, mocno odbiły się na moim samopoczuciu, a padający deszcz i silny wiatr były gwoździem do trumny. Po kilku godzinach bezowocnego łapania stopa, znienawidziłem to miasto, znienawidziłem twarze wciąż tych samych ludzi którzy mijali mnie już setny raz i pozdrawiali tym samym, szczerym uśmiechem. Stwierdziłem że wracam, ale 2300 km od domu można wrócić… co najwyżej do korzeni… Niemniej jednak poszedłem na drugą stronę miasta i tak zaczęła się moja właściwa przygoda, która trwała już do samego końca.

Dochodząc do właściwego przystanku zauważyłem dwóch autostopowiczów którzy trzymają w rękach wielki banner i machają do każdego przejeżdżającego samochodu. Polacy, na bank Polacy… nikt inny nie łapał by w ten sposób. Na szczęście nie pomyliłem się i w tym odległym zakątku Europy poznałem Rafała i Iwonę, którzy właśnie wracali z Nordkappu!

W Wiosce Świętego MikołajaStrasznie fajnie było po pięciu dniach porozmawiać w ojczystym języku bez potrzeby zastanawiania się nad właściwym doborem słów! Chwilę porozmawialiśmy, Iwona i Rafał zdecydowali się łapać w innym miejscu, więc znów zostałem sam i znów łapałem stopa. Po niecałych trzech minutach zatrzymuje samochód, a w dodatku udaje mi się także przekonać kierowcę żeby zabrał też moich nowo poznanych znajomych. Ciasno, ale jedziemy razem do Rovaniemi!

Podczas podróży decyduję się że wysiądę z nimi w Wiosce Świętego Mikołaja i zobaczę co to za cudo. Dojeżdżamy tam dość późno i większość budynków jest już zamknięta. Urządzamy sobie wspólny posiłek, a Iwona z Rafałem dają mi swoje cukierki, zupki, gumy etc. Tłumaczą to tym że oni już wracają, a moja przygoda dopiero się zaczyna… i mają rację! Jeszcze raz wielkie dzięki za wsparcie żywnościowe 😀

W pobliskim lesie rozbijamy namioty i idziemy spać – mech jest niesamowicie miękki i błyskawicznie zapadam w sen.

 

Nasz mały obóz

Następnego dnia po powolnym przebudzeniu – a nie takim na szybko jak do tej pory – udajemy się ponownie do wioski Świętego Mikołaja, w której wysyłamy pocztówki do rodziny, kupujemy pamiątki (ja kupiłem czapkę)  i idziemy odwiedzić prawdziwego Świętego Mikołaja – cała wioska jest świetnie urządzona i oddaje klimat świąt nawet w środku wakacji!! (dokładnie o wiosce Mikołaja przeczytacie tutaj). Po pamiątkowym zdjęciu ze Świętym – który ku naszemu zdziwieniu mówił też po polsku – przechodzimy na drugą stronę ulicy, na stację benzynową i tutaj nasze drogi się rozchodzą. Iwona z Rafałem wracają do Polski, a ja… ja jeszcze nie wiem. Czekam aż odjadą i idę coś zjeść. Nie za bardzo chce mi się jechać dalej, nie chce mi się też wracać, więc postanowiłem że spędzę tutaj jeszcze jedną noc. Mam wifi, prąd, wodę, w miarę tanie jedzenie i dobrą miejscówkę do spania, czemu więc nie?

Z Antonem DumaGdy kelnerka podaje mi pizzę, na salę wchodzi mężczyzna w ubraniu rowerzysty z długą brodą, a przez szybę widzę jego rower, który wraz z przyczepą jest dłuższy od mojego auta (od którego dzieli mnie jakieś 2100 km). Podchodzę do niego i mówię „cześć, widzę że jesteś w podróży. Właśnie zamówiłem pizze, jak chcesz możesz zjeść ze mną” – tak właśnie poznałem Antona Duma…

Anton Duma, pochodzi z Rumunii i od trzech lat podróżuje rowerem przez Europę (w momencie pisania tego posta właśnie wrócił do Rumunii. Z tego co mi opowiadał ma zamiar wrócić do domu i spędzić tam dzień, tydzień, miesiąc lub rok – jeszcze nie wie – i wybrać się w podróż do Afryki). W latach młodości był handlowcem, przyjeżdżał nawet do Polski Noc w namiocie ze skóry reniferówna stadion narodowy handlować kasetami, jednak stwierdził że od życia potrzebuje czegoś więcej. Wziął pieniądze, rower i ruszył przed siebie. Dojechał do Grecji, następnie Portugalii, później Norwegii i nasze ścieżki splątały się na stacji benzynowej w Rovaniemi. Anton pokazał mi krótki materiał o sobie, zrealizowany przez National Geographic i zaczęliśmy rozmawiać o świecie, polityce, życiu w miastach i ludziach.. i ta rozmowa znacznie odmieniła moje spojrzenie na podróżowanie (zapytam go o link do filmiku i w następnym poście Wam go pokaże 🙂 ). Znam osoby, które zaliczyły jedynie kilka marszów lub zdobyły kilka szczytów, a mają o sobie strasznie wysokie mniemane. Tutaj spotykam gościa którzy porzucił swoje dotychczasowe życie, codziennie śpi w innym miejscu, pokonał rowerem jakieś 20 000 km,  a rozmawia ze mną jak z bratem – bez wywyższania się i patosu.

Rozmawiamy do późna w nocy i zasypiamy w stojącym pobliżu namiocie wykonanym ze skóry renifera. Zasypiając czuje na twarzy ciepłe promienie słońca, wpadające przez wejście do namiotu – od nowa kocham ten kraj…

Kliknij i przejdź do następnego rozdziału (dzień 7)

Ostatnie wpisy