Leżę 700 km od domu, a kilka metrów od mojej głowy przejeżdżają samochody. Co jakiś czas strzelają spod kół kamyki, które z hukiem uderzają w barierkę. Ja próbuje zasnąć.  Spałem już na górze, w dolinie, koło rzeki i jaskini, ale nigdy nie nocowałem na środku pola, koło autostrady (no dobra, w Wiedniu też było hardcorowo).

Tak jak w lesie, mogę usłyszeć jak w trawę czmycha zwierz, jak zbudzony ptak na gałęzi śpiewa lub jak gałązka strzela pod ciężarem dzika, tak tutaj słyszę tylko warkot pędzących samochodów, a blask ich świateł co jakiś czas wyrywa mnie z już i tak płytkiego snu.

W okolicach trzeciej nad ranem, ustalam (sam ze sobą) że nie ma sensu dalej zbijać bąków i pora się zbierać. Pomimo tego że miałem na sobie kamizelkę odblaskową i szczery uśmiech… nikt się nie zatrzymał w środku nocy, na środku drogi, dziwne co nie?

Po jakiejś godzinie stwierdzam że szkoda mojej energii, kładę się na trawię, patrzę w niebo i zajadam się czekoladą, a kto mi zabroni? Gdy tylko noc zamienia się w szarówkę, znów wychodzę na drogę i bez problemu zatrzymuje tira. Muszę przyznać że tego jedynego kierowcy nie pamiętam, za to pamiętam jak strasznie ciężko było wejść do kabiny trzymając plecak w jednej ręce, a drugą trzymając się poręczy. Gdy w blasku pierwszych promieni słońca wsiadałem już do drugiego tego dnia tira byłem przekonany że do trzeciego dziś już nie wejdę. Nie chodzi o to, że kierowca był jakiś podejrzany, nie ruszyło mnie nawet to że na podłodze kabiny zamiast wycieraczek były dywaniki toaletowe, przebolałem także fakt że na te cudowne dywaniki mój rosyjski kierowca rozłożył mi gazetę żebym mu tych perskich arcydzieł nie zadeptał. Cholera, ten plecak naprawdę był ciężki, a zmrożona dłoń z coraz mniejszą przyjemnością unosiła go nad głowę i wspinała się do szoferki.

Mój rosyjski kierowca zapytał się czy jestem z Estonii, a ja mu przytaknąłem – na początku myślałem że pyta się dokąd jadę, a gdy później to sobie przeanalizowałem i zrozumiałem sens jego pytania nie chciało mi się już wszystkiego odkręcać :P. Kierowca powiedział że on po Estońsku nie mówi i tak sobie w milczeniu jechaliśmy.

Gdy wysadzał mnie za Rygą, powiedziałem mu „dziękuje” i zobaczyłem w jego oczach najgorszą urazę jaką kiedykolwiek chyba widziałem.

– Czemu nie mówiłeś że jesteś z Polski? Ja rozumiem po polsku – powiedział zasmucony. Biorąc pod uwagę jego wygląd boksera i smutek w głosie, sytuacja ta była tak absurdalna że kompletnie odebrało mi mowę. I znów stałem na poboczu i znów łapałem stopa.

Po kilkunastu minutach łapię volkswagena transportera, który zamiast paki ma normalne fotele. Kierowca coś tam gada, ale naprawdę nie zrozumiałem ani jednego słowa. No nic, wsiadam i jedziemy w nieznane. Po chwili zatrzymujemy się na poboczu i zabieramy kolejnego autostopowicza. Po rozmowie z kierowcą młody chłopak też nie za bardzo wie o co chodzi, ale wsiada jak ja kilka minut wcześniej i zaczynamy rozmawiać. Opowiada mi że dwa tygodnie spędził w Polsce jeżdżąc stopem i teraz wraca do Helsinek do domu. Po chwili pyta się mnie czy wiem dokąd jedziemy, „stary nie mam pojęcia” odpowiadam. Na jego twarzy na ułamek sekundy pojawiło się rozbawienie, „taki sam wariat jak ja” – myślę.

Kilkanaście kilometrów dalej zjeżdżamy na stację benzynową, a nasz kierowca dziękuje nam za wspólny rejs i ma nadzieję że widoki nam się podobały, albo mówi że tutaj wysiadamy, koniec trasy – nie wiem, przecież go nie rozumiem.

Mój nowy Finlandzki kolega żegna się ze mną i od razu idzie do zaparkowanych tirów pytać o podwózkę – ja tirów mam zdecydowanie dość więc stoję pod daszkiem, patrzę na uderzające o beton krople deszczu i czekam aż coś się zdarzy – zawsze coś się w końcu dzieje…

Po pewnym czasie (niedługim) obok mnie zatrzymuje się czerwony samochód z którego wysiadają trzy dziewczyny. „No bankowo wezmą jednego faceta” – ale w sumie co mi szkodzi? Panie na początku się zdziwiły, ale zabrały mnie bez problemu. Podczas jazdy dowiedziałem się że jadą na największy w kraju festiwal i będzie pełno koncertów i ludzi i w ogóle WOW, i może zostanę bo taka okazja może się drugi raz nie powtórzyć. Na miejscu okazało się że miejscowość w której rozgrywa się ta wielka impreza składa się z jednej ulicy, a to ogromne zaplecze to kilka straganów.

Albo dziewczyny robiły sobie ze mnie jaja, albo Łotwa to po prostu stan umysłu…

Stoję sobie na chodniku i łapię stopa. Na imprezę zaczyna zjeżdżać się coraz więcej aut, zaczyna krążyć policja – chyba jednak nie robiły sobie ze mnie jaj…

Łapie stopa, lekko kropi deszcz…

Łapię stopa, coraz większe kroplę rozbijają się o kaptur który przed chwilą założyłem…

Łapię stopa i jestem cały przemoczony… mogłem wziąć parasol.

Zastanawiam się kto teraz weźmie mokrego autostopowicza i na odpowiedź nie muszę zbyt długo czekać.

Obok mnie zatrzymuje się Eugeniusz, Litwin który zmierza do Lathi i obiecuje że do Tallina na pewno mnie dowiezie, a dalej zobaczymy. Jada z Eugeniuszem strasznie się dłuży z dwóch powodów. Pierwszy to roboty drogowe i ograniczenia prędkości, drugi powód to język. Eugeniusz mówi po litewsku, ja mu odpowiadam po polsku. Czasem gdy mnie nie rozumie, mówi łamanym angielskim i wtedy ja również mówię mu po angielsku – ogólnie rozumiem może z 50% tego co mówi. Taka ciekawostka u nas na znak „@” potocznie mówi się małpa, na Litwie z kolei jest to sabaka, czyli psina 😉

Po dotarciu do Helsinek mój kierowca pomaga mi kupić bilet na prom i razem wjeżdżamy na statek. Na zewnątrz wieje okropnie, więc pozostaje mi zwiedzanie promu. Przyznam się szczerzę że to nie był mój pierwszy raz na promie i po obejściu całego statku zaszywam się w jakimś ciemnym kącie i przesypiam rejs. Później Eugeniusz miał o to do mnie pretensję, bo myślał że pogadamy i zjemy obiad, ale o czym ja mam rozmawiać z 60-70 letnim chłopem którego rozumiem jedynie w połowie? No, ale przygoda z Eugeniuszem dopiero się zaczyna…

Po dopłynięciu do Helsinek, Eugeniusz mówi że jedzie do żony do Lathi i może mnie tam podrzucić – dla mnie to idealny kierunek, więc się zgadzam. W Helsinkach już nie pada i delektuje się widokami – w końcu pierwszy raz jestem w Finlandii i dopiero jutro (albo pojutrze) zorientuje się że jest tutaj inna godzina niż w Polsce 🙂 Po kilkunastu minutach zauważyłem że zjechaliśmy z głównej drogi i zjeżdżamy gdzieś na bok. Pytam się o to Eugeniusza, na co on odpowiada że to taki skrót. W telefonie uruchamiam mojego gps i z minuty na minuty widzę że zamiast na północ to jedziemy na wschód i wjeżdżamy w coraz to większą dzicz. Powoli przestaje być śmiesznie i pytam się gościa o co chodzi, dokąd jedziemy? Na to Eugeniusz stwierdza że pomylił drogi, zawraca i już jedziemy na północ jednak już mnie nie przekona że zmierzamy do Lathi.

” Dobra Eugeniusz o co tu chodzi, dokąd mnie wieziesz?” W sumie nie podejrzewałem go o jakieś złe zamiary, bo przypłynęliśmy do Finlandii na jednym bilecie, wiedzą jakim autem tu przyjechał, a także człowiek przy wjeździe na prom go znał. Z drugiej jednak strony, nie każdy zły człowiek musi być mistrzem konspiracji jak Dexter Morgan… Z takimi myślami w głowie czekam na odpowiedź Eugeniusza.

„Jedziemy do mnie do domu, żona zrobi obiad, ja mam wolny pokój z łóżkiem to się prześpisz i jutro pojedziesz dalej, napijemy się wódeczki i będzie fajnie”. Trochę mi nie pasowało że jedziemy do niego do domu, a on wcześniej pomylił drogę. Trochę mi nie pasowało, że gość bez uprzedzenia zmienia plany i karze mi u siebie nocować.

„Nie Eugeniusz wybacz, ja muszę jechać dalej, mam jeszcze dużo czasu do nocy”

„Ale pada, jest zimno, chodź do mnie, prześpisz się i jutro pojedziesz dalej”

„Eugeniusz, ja nie jadę do Ciebie”

„No ale…”

„Zatrzymaj się wysiadam”

„Chodź, jedziemy będzie fajnie”

No chyba będę musiał mu przywalić na opamiętanie – myślę – ma ostatnią szansę.

„Nie jadę z Tobą, zatrzymaj się”

Wrzuca migacz i zjeżdża na pobocze. Bez słowa wyciągam swoje rzeczy i zamykam drzwi, a on odjeżdża.

Pięknie, zjechałem z głównej drogi i znajduje się gdzieś pomiędzy za i dupiem. Żeby wrócić na główną drogę muszę wracać 20 km, być może w 5 godzin bym się uwinął, ale dalej nie do końca wiem kim jest ten Eugeniusz… Wydaje mi się (albo taką mam nadzieję) że był po prostu dziwakiem, a nie lekarzem amatorem polującym na moją nerkę albo na skórę z twarzy bo potrzebuje nowych rękawiczek… Na chwilę obecną stoję sam na poboczu, ale znacie te filmy że nagle nie wiadomo skąd pojawia się koleś z piłą mechaniczną 😉 Próbuje złapać stopa. Mija mnie pierwsze auto, drugie, trzecie, szóste… ósme się zatrzymuje, a w nim starsza Pani z pieskiem. Mówi żebym wsiadł bo leje okropnie i pyta się mnie dokąd jadę.

Musze dostać się na drogę E75 – odpowiadam. Kobieta nie wie o co mi chodzi, podaje mi mapę regionu i każde pokazać gdzie chce dojechać. Gdy w końcu się dogadaliśmy, mówi że to zupełnie jej nie po drodze, ale że tak strasznie pada to mnie tam podrzuci, co jej szkodzi. Po kilkunastu minutach jestem już na stacji benzynowej przy drodze E 75. Uzupełniam wodę, kupuję colę i łapię dalej. Po dłuższym czasie zatrzymuje się samochód w którym siedzi młoda para. Mówią że nie jadą do Jyväskylä, tylko do Mikkeli. Pytam się czy to po drodze – nie było czasu na wyciąganie atlasu i szukanie miejscowości – odpowiadają twierdząco, więc wsiadam i jedziemy. Co w tym aucie się działo – wszystko chcieli mi dać: pomarańcze, jabłka, kawy, herbaty, czekolady, ciastka… ale ja marzyłem tylko o śnie, w który po pewnym czasie zapadłem. Gdy się obudziłem staliśmy już na stacji benzynowej w Mikkeli, a głowa bolała mnie niesamowicie (zazwyczaj głowa boli mnie 3-4  razy w roku, więc nie jest to popularne zjawisko). Uściskali mnie na pożegnanie, życzyli wszystkiego dobrego i odjechali. Ja rozejrzałem się wokół, szukając najbardziej zacienionego miejsca – tak trafiłem nad jezioro.

Druga noc pod chmurką – nie widziałem potrzeby rozbijania namiotu – lubię tak spać na gołej ziemi lub skale… Od domu dzieli mnie teraz około 1590 km. Przygoda z Mikkeli nauczy mnie na pamięć wykuwać miejscowości przez które mam przejeżdżać, ale to dopiero jutro… teraz jest trochę po północy, a ja zagłębiając się w dudniący w mojej głowie bęben zapadam w sen.

KLIKNIJ I PRZEJDŹ DO NASTĘPNEGO ROZDZIAŁU (dzień 3 i 4)

Ostatnie wpisy