Jak być może pamiętacie z poprzedniego wpisu, wylądowałem wieczorem w samym środku Mo I Rana. W pobliskim markecie kupiłem sobie kolację (to chyba pierwszy kupiony za własne pieniądze posiłek w Norwegii), i próbowałem łapać dalej trzymając w ręce kartonik z napisem Trond (cała nazwa Trondheim mi się nie zmieściła). Po jakiejś godzinie zatrzymała się czarna audica z trzema fajnymi dziewczynami, które nie za bardzo wiedziały dokąd jadę, ale chętnie mnie podwiozą. Podsumujmy: 22 w nocy, trzy dziewczyny w czarnej audicy które chcą podwieźć przypadkowego rozbitka mimo że nie wiedzą dokąd jadę – gdybym miał pajęczy zmysł, to zapewne wył by z całą mocą, a może mam?

W każdym razie nie wsiadłem i łapałem dalej. Po jakiś 30 minutach, znów podjechała czarna audica tyle tylko że tym razem siedział w niej jakiś kaukaski lowelas (i nadjechała z przeciwnej strony, po czym zawróciła do mnie). Pierwszy raz ktoś mnie tak namawiał żebym do niego wsiadł i pierwszy raz ktoś mnie tak zapewniał że zna o wiele lepsze miejsce do łapania stopa. Również i w tym przypadku odmawiałem, jednak kierowca nie odpuszczał. W końcu zapytał skąd jestem, a gdy odpowiedziałem że z Polski to tylko machnął ręką i pojechał – uff nerki całe 😉

W końcu o 23 ruch wyjątkowo zmalał i stwierdziłem że trudno, spędzę noc w mieście. Z racji tego że nie chciałem zbytnio się oddalać od mojej drogi (nie miałem ani telefonu, ani mapy, ani nawet gotówki) postanowiłem znaleźć sobie tutaj jakieś miejsce i poczekać do rana. Z ratunkiem przyszło mi patio nieczynnego już sklepu. Rozłożyłem sobie karimatę i całą noc popijałem colę i patrzyłem w góry… całe 6 godzin, jak buddyjski mnich. Trochę żałowałem że nie wziąłem mp3 (będziesz słuchać odgłosów podróży, myślałem), ani żadnej książki (książki to się czyta w domu, a na wyprawach się je tworzy, mówiłem), no ale dotrwałem do rana. O 5.30 poszedłem na pobliską stację benzynową, na której jedyna pracująca kobieta powiedziała mi że otwierają dopiero za 30 minut, ale w sumie może mi otworzyć, bo czemu by nie (UCZ SIĘ POLSKO!). Podpiąłem tableta do prądu, połączyłem się z WiFi i zamówiłem dwa hot dogi (w nocy przez przypadek znalazłem trochę drobnych które zostały mi z reszty po Nordkappie). Przed siódmą wyszedłem na drogę i zacząłem powoli łapać stopa –  w końcu mój wczorajszy kierowca obiecał mi że jak będzie dziś jechał do Mo i Rany to mnie zabierze. Do godziny 8 zatrzymało się tylko jedno auto, które chciało mnie podwieźć jedynie kawałeczek – odmówiłem bo czekałem na mojego kierowcę. Do godziny 9 nie zatrzymało się nic.  Tak samo do 10. Za kwadrans 11 zatrzymała się pomoc drogowa i już nie wybrzydzałem, widocznie mojemu wczorajszemu kierowcy coś wypadło, nic tam lecimy dalej.

Z pomocą drogową pojechałem jedynie 30 minut i to był pierwszy samochód „służbowy” na terenie Skandynawii który mnie zabrał. Następnie – dosłownie po 6 minutach – wziął mnie do siebie norweski żołnierz, który na tylnym siedzeniu trzymał nabitą strzelbę – dla bezpieczeństwa jak mówił. Pogadaliśmy trochę o wojsku i dowiedziałem się że u nich też jest coś takiego jak Strzelec, a on sam ma ksywę Rambo bo bardzo lubi broń palną i noże. Z uwagi na to że cały czas poruszałem się tylko po jednej drodze (bo tylko jedna prowadzi do Trondheim) przestałem już w ogóle pilnować mapy, bo każde (ewentualne) zjechanie z drogi od razu rzucało by się w oczy. Nie wiem teraz w jakiej miejscowości wylądowałem, ale była to całkiem zacna mieścina. Łapałem i łapałem, a stojąca w pobliżu stacja benzynowa strasznie kusiła. W końcu stwierdziłem że nie ma co się spinać i pójdę kupie sobie coś do jedzenia. Gdy przypinałem kartonik do plecaka, za moimi plecami zatrzymała się czarna x3, a w środku siedziało moje wczorajsze małżeństwo.

– Obiecałem to Cię biorę – powiedział z uśmiechem na ustach. Gdybym tylko zdecydował się przestać łapać trochę wcześniej… dzięki Ci szczęście! Podróż z norweską rodzinką minęła mi wyjątkowo szybko, bo zapytałem się ich czy mogę drzemać bo nie spałem całą noc, na co oni się zgodzili. Przez następne 400 km cały czas spałem, budząc się jedynie podczas postojów – czy to na piknik, czy na obiad, na które norweska rodzinka z przyjemnością mnie zapraszała. I w końcu napiłem się wody z butelki, a nie tylko z rzeki czy z kranu 😀

Wieczorem dotarłem na obrzeża Trondheim, a tam na stacji benzynowej zagadałem do jednego Norwega który podrzucił mnie bardziej na centrum. Próbowałem łapać dalej stopa (tu już normalnie panowała noc, której tak dawno nie widziałem). Po chwili zaczęło padać, później lać, a mi już się zdrowo pieprzyło w głowie. Może nie tak jak w końcówce trasy rowerowej z Katowic do Gdańska, ale gdybym wsiadł do auta, od razu bym usnął i wieź mnie panie nawet do Nigerii, ja się nie obudzę. Dużo stresu, totalnie rozjechany zegar biologiczny przez brak nocy i strasznie słaba dieta przez ostatnie 13 dni robiło w końcu swoje. Gdy podjąłem tę wyprawę postanowiłem że się nie zmenelę. To był jedyny warunek, jaki sobie postanowiłem, a teraz nie stać mnie było na żaden nocleg, a potrzebowałem spokojnego snu i regeneracji.

Teraz to się fajnie pisze, ale spanie przez 13 dni samemu lub z obcymi osobami i to zawsze w innym miejscu (ale za to zawsze pod gołym niebem), przebywanie 3000 km od domu ze świadomością że jak nie zdążę przed deszczem to nie będę miał się gdzie wysuszyć, świadomość tego że jak mi się coś stanie to raczej nikt mi nie pomoże (pamiętajmy że nie miałem nawet telefonu) i znajomość tutejszych cen (hamburger w burger kingu 30 zł) mocno siadały na psychikę, ale dzięki temu zrozumiałem jak to jest. Wcześniej myślałem że wiem jak to jest, być zdanemu naprawdę na siebie. Teraz tego doświadczyłem i jedyne co mogę powiedzieć to to że nie nauczą Was tego na żadnym szkoleniu. Czasem czytam lub słucham wywodów ludzi którzy opowiadają o samotności, przetrwaniu i zdaniu na własne siły… a tak naprawdę nigdy tego nie doświadczyli. Zawsze dobrze jest zajrzeć w CV osoby która naucza i zweryfikować czy to co mówi ma pokrycie w jej czynach. Możemy przez wiele lat bić w worek, ale na ringu zawsze spotkamy kogoś innego, zajebiście cenna lekcja. Właśnie z tego powodu uwielbiam wypady za granicę! Niestety ale podróżując po Polsce mam tą świadomość, że właściwie wszędzie gdzie nie pójdę jest mój dom. Znam panujące tu obyczaje i wiem czego się spodziewać. Wiem także że jeśli naprawdę się spręże z każdego miejsca w Polsce jestem w stanie wrócić do domu w max 24 godziny. Za to przebywając za kołem podbiegunowym, gdzie renifery biegają po drogach, tory kolejowe dawno się skończyły, a hot dog kosztuje 30 zł świat wygląda zupełnie inaczej. Oczywiście i z tych rejonów też można wrócić do kraju bardzo szybko, ale trzeba liczyć się z wydatkiem 2-3 średnich krajowych.

Minęło 13 dni mojej podróży i z powrotem wróciłem do cywilizacji. Nie miałem już chęci dalej przebijać się przez już nie dziką Norwegię, nie było już ciągłego dnia i reniferów na drogach. Wyszedłem z niesamowitej bajki, na dość dużym szczęściu i wolałem żeby ta bajka skończyła się tutaj, niż żeby kolejne strony tej książki były pokryte opisami przejeżdżania z miasta do miasta. Gdybym ciągnął wyprawę dalej, musiałbym w jednej książce opisać piękno i brzydotę, geniusz i upośledzenie – a tego nie chciałem.

Po przeczekaniu kolejnej nocy, udałem się do najbliższego bankomatu i wypłaciłem kilka koron. Za 15 zł kupiłem zwykły bilet na autobus miejski, którym dojechałem do centrum Trondheim. Tam udałem się na dworzec kolejowy i po drodze prawie wrzuciłem jednego rowerzystę do rzeki (kto normalny dzwoni z prawej, a mija z lewej). Kupiłem bilet do Oslo, a pociąg podjechał kilkanaście minut później.

W pociągu – luksus. Rozkładane fotele, 4 działające gniazda do dyspozycji, bezpłatne wifi i czysty kibel. Do tego konduktor który na bieżąco informuje o opóźnieniach i podaje ich przyczynę. W pociągu panuje przyjemna temperatura dwudziestu kilku stopni. Proszę przeczytaj jeszcze raz ten akapit i go zapamiętaj. Jeszcze do niego wrócę.

Z pociągu wysiadam prosto na lotnisko i w informacji natrafiam na Polkę, która pomaga mi wybrać najtańszą opcję. Po kupnie biletu miałem jeszcze problem z butlą gazową, bo nie mogłem jej wnieść na pokład, a ochrona kazała mi pytać u przewoźnika, a przewoźnik u ochrony. Po pięciu takich kursach stwierdziłem, że ten problem rozwiąże tylko Polak, więc wyszedłem z lotniska i postawiłem butlę w bezpiecznym miejscu.

Po chyba dwóch godzinach czekania, wsiadam na pokład i wzbijamy się ponad chmury prosto w zachodzące słońce – piękny widok!

Po ponad godzinie, wysiadka w Warszawie, łapie ostatni pociąg na bodajże Warszawę Zachód i tam pierwszy bliski kontakt z polską rzeczywistością – na dworcu nie można płacić kartą! Przejechałem ponad 4500 km bez fizycznej gotówki i poległem w Polsce. Na szczęście wygrzebałem z plecaka jakieś zaskórniaki i kupiłem bilet dla siebie i pewnej starszej Rosjanki, która zaczepiła mnie w pociągu bo nie bardzo potrafiła się ogarnąć – mnie pomagali przez 14 dni, więc i ja chętnie pomogę.

W końcu wsiadam w pociąg do Katowic, a w środku smród, brud i zaduch. Pamiętacie opis norweskiego pociągu? Jadąc polskim czuje się jak świnia przewożona z obory do chlewu (lub na odwrót).

Tak jak przez 14 dni w Skandynawii nikt mnie nigdy nie zaczepił, ani nawet krzywo nie spojrzał, tak już w pociągu podchodzi do mnie dwóch kolesi i prosi o papierosy. Na dworcu w Katowicach kibice gieksy pytają mnie za kim idę, a cisnąc w nocy przez miasto z masą zdjęć i kilkoma cennymi dla mnie pamiątkami, spotykam 5 osobową grupkę, którą interesują szlugi lub wpierdol. No nic taki mamy klimat. Autostopowy wypad dobiegł końca. W następnym wpisie, postaram się opisać trochę sprzętu który miałem ze sobą (min. nadajnik gps) oraz może zrobić jakieś ogólne podsumowanie. Następnie pora na relację z samochodowej wyprawy przez Niemcy, Holandię, Belgię, Luksemburg i Francję… jeszcze będzie co czytać 😉

KONIEC

 

Ostatnie wpisy