Renifery na drodze!!To był bardzo regenerujący sen, może nie na ziemi obiecanej, ale na pewno w miejscu długo wyczekiwanym. W końcu spełniłem jedno ze swoich marzeń, dojechałem na Nordkapp i spałem w swoim malutkim namiocie na końcu Europy. Tak jak wczoraj o północy było tu pełno ludzi, tak teraz pozostała tylko garstka. Napawam się ostatnimi chwilami w tym miejscu i staram się wszystko zapamiętać, tak by po powrocie, w chwilach totalnej monotonii i zwątpienia przypomnieć sobie ze szczegółami ten moment i fakt że jeżeli się czegoś chce to naprawdę można to osiągnąć.

Punktualnie o godzinie 10 przyjeżdża mój kierowca i około godziny 10.30 ruszamy w drogę powrotną. Mój Niemiec jest turystą pełną gębą i zatrzymuje się w każdym, dosłownie w każdym sklepie z pamiątkami co… jest mi strasznie na rękę! Okazuje się że mój kierowca jest survivalowcem, fanatykiem broni palnej (głównie dlatego że w Afryce musiał spać z bronią pod poduszką), oraz wielkim miłośnikiem noży które sam wykuwa.. W jednym z takich przydrożnych sklepików udaje mi się kupić niezwykły nóż, niezwykły bo wykonany w całości z… renifera.

Podczas dalszej podróży słucham jego opowieści z Afryki i tak mija nam cały dzień. Po przejechaniu niecałych 400 km dojeżdżamy na pole namiotowe i mówię mojemu kierowcy że bardzo mu dziękuje za podróż. Wyciągam swoje bagaże z auta, a on wraca i mówi że wykupił mi miejsce na polu namiotowym z prysznicem i WIFI i jak chce mogę tu zostać i jutro znów dalej z nim jechać, a jak nie chce to nie – on się nie obrazi. No głupio by było odmówić zarówno z uwagi na ciepły prysznic jak i jego bezinteresowną pomoc. W końcu dziesiątego dnia mojej wyprawy mogę skorzystać z ciepłej wody (a nie tylko zimnej z rzek i jezior) i zrobić pranie. Tak się szczęśliwie złożyło, że gdy tylko zrobiłem pranie, słońce zaszło za otaczającymi nas górami i aż do samego rana (mówię tu o godzinie, bo podobnie jak na Nordkappie przez cały dzień było jasno) rzeczy mi nie wyschły. Nie mając zbytniego wyboru włożyłem wszystko do worka, wycisnąłem całe powietrze i mocno zawiązałem – perfekcyjna pani domu może się schować.

Widok z namiotu :)

Widok z okna stołówki

Po przebudzeniu zrobiłem sobie śniadanie, spakowałem rzeczy i znów wsiadłem do „Expedition Car”. Podróż umilaliśmy sobie rozmową, z której dowiedziałem się że mój kierowca za młodu siedział trochę w wiezieniu, pogadaliśmy sobie też o nożach i broni palnej. Jak to przy rozmowie Polaka z Niemcem musiało w końcu paść pytanie o wojnę, a konkretnie o obozy koncentracyjne. Jest to pytanie z tej samej kategorii jak te od Eugeniusza (Czy Litwa powinna być częścią Polski?). Tutaj zawsze pojawia się wątpliwość czy odpowiadać w zgodzie z własnym sumieniem (i narazić się na wyrzucenie z auta), czy też powiedzieć to co chciałby usłyszeć rozmówca (co doradzają w większości poradników stopowania). Ja zdecydowałem, że odpowiem zgodnie z prawdą i powiedziałem że tak, że Niemcy wymordowali bardzo wiele osób, że tworzyli specjalne obozy w których maksymalnie wykorzystywali więźniów do momentu aż nie umrą, a nawet po śmierci robili z nich użytek. Będzie co ma być, prawda się rzekła.

Na to mój kierowca powiedział, że słyszał o tych obozach ale nie wierzy, że ludzie (w sensie Europejczycy) mogliby innym ludziom wyrządzić coś takiego i że jak tylko wróci z Afryki chce jechać do Auschwitz i zobaczyć to na własne oczy. Rozmowa na ten temat nie pogorszyła naszych relacji i po całym dniu drogi dojechaliśmy do Ballangen (prawie 790 km od Nordkappu) i tam tym razem odmówiłem pola namiotowego. Pożegnaliśmy się i ja próbowałem łapać dalej stopa, bo mimo że przyjemnie to jechaliśmy bardzo wolno (jak już tiry po krętych norweskich drogach cię wyprzedzają to wiedz że coś się dzieje!). Niestety nic nie złapałem, co może i było dobre bo za 40 km była przeprawa promowa i gdybyśmy się tam spotkali, to byłaby bardzo niezręczna sytuacja. Rozbiłem się w pobliskim lesie i to była jedna z gorszych „nocy” nie tylko podczas tej wyprawy, ale w ogóle. Komary strasznie gryzły i tylko szybko rozwiesiłem moje wczorajsze pranie i wskoczyłem do namiotu. Z racji tego że skończyliśmy naszą dzisiejszą podróż dość wcześnie, musiałem czekać w moim malutkim namiocie na stromym zboczu około 14 godzin. Ciężko się było zdrzemnąć na dłużej niż 30 minut, bo cały czas człowiek się zsuwał w dół. No ale jakoś dotrwałem i z bolącymi plecami wyszedłem z namiotu i ku mojemu zaskoczeniu okazało się że ubranie mi wyschło, a komarów już nie ma.

Śnieg w lato ;)

Kolejne przekroczenie koła podbiegunowegoZnają się na autachI znów kolejny dzień spędziłem w Ekspedyszyn Car, przy okazji odwiedzając Saltfjellet, czyli miejsce w którym znajduje się punkt (coś jak Rovaniemi) przez który przechodzi linia koła podbiegunowego. Pod koniec dnia mój kierowca mówi mi że musi jeden dzień odpocząć i pyta mnie czy zostaje z nim czy jadę dalej sam. Wybieram dalszą podróż i żegnam się z moim kierowcą. Wspólnie przez trzy dni pokonaliśmy ponad 1000 kilometrów i mam nadzieję że uda nam się spotkać, gdy wreszcie przyjedzie do Polski zobaczyć to w co tak bardzo nie wierzy.

I znów stoję z kartonikiem w dłoni. Trochę się zgapiłem, bo nie zauważyłem że dwa stojące obok na pauzie tiry są z Polski (w Finlandii i Norwegii nie zabrał mnie żaden tir, więc już nawet ich nie pytałem), a rejestrację zauważyłem dopiero gdy odjeżdżały.

Więc znów łapię, łapię i nic, a w brzuchu burczy mi coraz mocniej. W końcu stwierdzam że wszystko ma swój czas (o czym się już na tej wyprawie parę razy przekonałem) więc schodzę z drogi i gotuje sobie zupkę chińską. Gdy zapchałem żołądek i schowałem swój zestaw obiadowy do plecaka (swoją drogą nie stać mnie było na cukierki, więc dla rozrywki wcinałem słodzik z Polski :P) obok mnie zatrzymało się terenowe BMW x3, z którego wysiadł normalny gościu i zaczął palić papierosa. Postanowiłem że zapytam się go o podwózkę i gdy już byłem w połowie drogi, od strony pasażera wysiadła jego żona – aa to na pewno mnie nie wezmą – pomyślałem – i zacząłem łapać na drodze. Po jakiejś minucie kierowca BMW mnie woła i pyta się dokąd jadę. Pokazuje mu moją mapę z trasą i opowiadam skąd i dokąd jadę (a właściwie wracam).

Trochę daleko od miasta do miasta

Norweski sklepik z pamiątkamiSłysząc moją opowieść, kierowca mówi że podrzuci mnie tylko do Mo i Rama (jakieś 30 km) – to zawsze coś. Tutaj niestety miałem problem, bo gość dość dobrze mówił po angielsku i nie do końca rozumiałem słowa których używał – w każdym razie, powiedział coś że jutro będzie jechał do Trondheim i że jak mnie spotka na trasie to zabierze. Gdy wysiadałem, powiedział mi że będzie jechał między 8 a 10 rano.

Tak więc 12 dzień mojej podróży kończy się w centrum Mo I Rama na wizycie w supermarkecie, w którym kupiłem szynkę (pierwsza normalna rzecz od kilku dni), chleb za ponad 10 zł i colę (wychodziło korzystniej niż woda, o którą znacznie łatwiej). Jako że przekroczyłem już koło podbiegunowe zaczął zapadać zmierzch (który właściwie zapadał tak długo, aż od razu zamienił się w świt), a ja dalej tkwiłem w środku miasta, bez większych perspektyw na spokojny sen.

Jako że już się trochę rozpisałem, na tym kończę ten wpis, a w kolejnym zakończę całą relację z wyprawy Nordkapp 2013

KLIKNIJ I CZYTAJ KOLEJNY ROZDZIAŁ (DZIEŃ 13 I 14)

Ostatnie wpisy